|
Kiedy James Bond udaje się na szkolną wycieczka w austriackie Alpy nie przypuszcza nawet, że wydarzenia, które będą tam miały miejsce, uwikłają go w niebezpieczną grę, w której stawką będzie życie króla Jerzego V...
„By Royal Command” jest piątą i, niestety, ostatnią odsłoną serii o przygodach młodego Bonda autorstwa Charliego Higsona. Powieścią tą Higson ostatecznie potwierdził swoją klasę, z nieprawdopodobną wręcz zręcznością tworząc historię, która w zasadzie nie miała prawa się obronić. Otóż próba wplątania nastoletniego Bonda w szpiegowską grę, sam środek rywalizacji ideologii komunistycznej i nazistowskiej, udaremnienia przezeń zamachu terrorystycznego na rodzinę królewską, ba! – w pewnym momencie Bond osobiście poznaje księcia Walii, późniejszego króla Edwarda VIII i księżniczkę Elżbietę! Wszystkie te elementy, na dodatek zebrane w jednej opowieści wydają się być zbyt absurdalne, nawet jak na książkę adresowaną do młodszego czytelnika. A jednak! „By Royal Command” broni się kapitalnie, wątki te nie tylko nie są niedorzeczne, ale składają się we frapującą i intrygującą historię. Bez wątpienia Higsonowi należą się ogromne słowa uznania za to, że udało mu się uniknąć popadania w śmieszność. Wręcz przeciwnie, „By Royal Command” jest bowiem zaskakująco ponurą i poważną lekturą, szczególnie zważając na jej docelowego odbiorcę (11+).
Powieść trzyma w napięciu od samego początku. Choć konfrontacja Bonda z członkami Hitlerjugend może być jeszcze uznana za element humorystyczny (choć raczej wyłącznie przez sam pomysł wykorzystania tej organizacji), to potem jest już tylko poważniej. Początkowo, podobnie jak w przypadku poprzedniego tomu („Hurricane Gold”), Bond musi stawić czoła siłom natury. Tym razem jego, jak również jednego ze szkolnych kolegów, przysypuje lawina, a Higson w sposób niezwykle emocjonujący i sugestywny opisuje zmagania chłopców ze śmiertelnie niebezpiecznym żywiołem. Potem fabuła zaczyna się gmatwać, a James zostaje zmuszony do dokonania kilku naprawdę trudnych wyborów.
Sporo miejsca poświęcone zostało dysputom natury ideologicznej i politycznej. Dziewczyna w której Bond się zakochuje, Roan Power (tak, to ta sama osoba, o której wspomniał Fleming w „Żyje się tylko dwa razy”), jest niemal ślepo (i naiwnie) oddana doktrynie komunizmu, podobnie jak jej przyjaciel, Dandy O'Keefe. Obydwoje są Irlandczykami, co do i tak już skomplikowanego obrazu politycznego, dodaje jeszcze akcent antymonarchistyczny. Dandy zresztą tak dalece zafascynowany jest socjalistycznymi ideami, że nie waha się posunąć do metod terrorystycznych w imię szerzenia rewolucji zapoczątkowanej w Rosji przez Bolszewików. Żadne z nich nie zdaje sobie sprawy z faktu, iż tak naprawdę są jedynie marionetkami w rękach nazistów.
Co ciekawe, Higson nie ucieka od trudnych tematów. Nie ukrywa, że brytyjski wywiad najpewniej niewłaściwie ocenił zagrożenie płynące ze strony niemieckich narodowych socjalistów. Udanie przemycił również aluzję do swego rodzaju fascynacji, jaką książę Edward żywił względem Adolfa Hitlera.
Jeśli miałbym wskazać słabszy element powieści, to pewnie byłby nim wątek romantyczny, jeśli można tak nazwać krótki (acz burzliwy) związek Bonda z Roan Power. Jest on niezwykle istotny zarówno dla samej książki, jak i dalszych losów Jamesa Bonda, łącząc go po raz pierwszy ze służbami specjalnymi i – w dużej mierze – kształtując go jako człowieka. Niemniej jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że został on uproszczony, że Higson nie zadbał o to, by uczynić go bardziej wiarygodnym, a decyzje, jakie podejmuje Bond, nie do końca współgrają z konsekwentnie budowanym przez pięć części charakterem. Z czasem bowiem trudno zrozumieć dlaczego właściwie James uparcie stara się kontynuować związek (choć słowo to zresztą może być lekkim nadużyciem) z tajemniczą i ekscentryczną Irlandką, nawet mając świadomość tego w jak destrukcyjnym kierunku podąża. Power, owszem, jest postacią ciekawą, zatem sam fakt zauroczenia się w niej nie jest niewiarygodny. Ale zostało to przedstawione w sposób mocno uproszczony, przez co powieść traci, przynajmniej w tym wątku, nieco swego emocjonalnego potencjału.
Być może jednak to ja wymagam zbyt wiele. Czytając „By Royal Command”, jak i wcześniejsze części serii, łatwo zapomnieć o tym, że są to powieści adresowane do młodszego czytelnika. W związku z tym pewne problemy musiały być, siłą rzeczy, pokazane w sposób przystępny również dla mniej dojrzałego odbiorcy. Zresztą priorytety Higsona są wyraźnie inne. Skupia się bardziej na fabule i rozwoju postaci Jamesa Bonda, co wychodzi mu kapitalnie. Emocjonalne dylematy siłą rzeczy schodzą na dalszy plan. Nie zrozumcie mnie źle – nie wszystkie elementy serii są schematyczne. Najlepszym tego przykładem może być sposób budowania postaci, które bywają zaskakująco żywe i niejednoznaczne.
Największy problem z serią „Young Bond” mam, mimo wszystko, w momencie, w którym próbuję określić jej kanoniczność. I z powodów, o których pisałem w innym miejscu (choćby przy okazji recenzji „SilverFin”), wolę traktować ją raczej jako cokolwiek ambitną w założeniach, ale jednak ciekawostkę. Poza bardzo podstawowymi kwestiami niewiele ma także wspólnego z wydarzeniami opisanymi przez Johna Pearsona w „James Bond: The Authorized Biography of 007”, która do tej pory była najlepszym źródłem wiedzy o życiu młodego Bonda (i to pomimo tego, że jej kanoniczność jest pod wieloma względami równie dyskusyjna).
Co nie zmienią faktu, że powieści Higsona są zwyczajnie rewelacyjne. Jest to jedna z największych niespodzianek, która spotkała mnie w trakcie całej mojej przygody z literackim Bondem. Po pierwszą część sięgałem, nie ukrywam, głównie z kronikarskiego obowiązku. Po przeczytaniu ostatniej odczuwałem żal, że to już koniec. Niestety, Higsonowi nie będzie dane kontynuowanie serii. Możemy jedynie mieć nadzieję, że Steve Cole, który dopisze kolejne rozdziały tej historii, godnie go zastąpi...
|