dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  THE MAN WITH THE GOLDEN GUN //
CZŁOWIEK ZE ZŁOTYM PISTOLETEM
 


W dziewiątym filmie serii producenci wzięli na warsztat ostatnią powieść Iana Fleminga, którą zwykło się uważać za jedną z najsłabszych w dorobku pisarza. „Człowiek ze złotym pistoletem” pierwotnie miał być zekranizowany bezpośrednio po „Żyje się tylko dwa razy”. Już wówczas w rolę Jamesa Bonda miał wcielić się Roger Moore, a film kręcony miał być między innymi w Kambodży. Ostatecznie, z uwagi na wybuch chłopskiej rebelii w Battambangu, z planów tych musiano zrezygnować, do roli agenta 007 zaangażowano George'a Lazenby, a do tematu powrócono dopiero po latach.
Po raz czwarty (i ostatni) na fotelu reżysera zasiadł Guy Hamilton. Za scenariusz odpowiadają Richard Maibaum i Tom Mankiewicz, którzy jednak nie pisali go wspólnie, a jedynie poprawiali nawzajem swoje prace, co z pewnością odcisnęło swoje piętno na ostatecznym kształcie filmu. Filmu, który jest niezwykle trudny w jednoznacznej ocenie. „Człowiek ze złotym pistoletem” jest przykładem dzieła, którego poszczególne elementy stoją na wysokim poziomie, ale których kompozycja jest nierówna i niespójna.

A zaczyna się lepiej, niż dobrze. Oto MI6 otrzymuje przesyłkę, w której znajduje się wykonany ze złota nabój nietypowego kalibru z wygrawerowanym numerem „007”. Tego rodzaju amunicję w swojej pracy wykorzystuje nijaki Francisco Scaramanga – najznamienitszy płatny zabójca na świecie. Wszystko wskazuje więc na to, że na kolejny cel obrał właśnie Jamesa Bonda, który musi go dopaść, nim Scaramanga zrealizuje swój plan.

Francisco Scaramanga to bodaj najbardziej kompletny z dotychczasowych przeciwników Bonda. Jest postacią nietuzinkową, o interesującej przeszłości, ciekawej osobowości, nietypowych skłonnościach, ale też nienagannych manierach. Warto zaznaczyć, że twórcy oparli się pokusie i nie uczynili z niego postaci demonicznej, przez co może na swój sposób (przynajmniej do czasu) wzbudzać w widzu sympatię. W zamyśle miał zapewne stanowić swoisty kontrapunkt dla Bonda – oboje są ulepieni z podobnej gliny, różni ich jednak motywacja. Scaramanga zabija dla pieniędzy i przyjemności. Bond, wedle rozkazu. Oboje są jednak perfekcjonistami w swoim fachu i idea pojedynku dwóch najlepszych strzelców była niezwykle frapująca. Scenarzyści, być może obawiając się, że pomysł ten nie wystarczy, by zbudować wokół niego fabułę dwugodzinnego widowiska (a odpowiednio poprowadzony – znakomicie mógłby się przecież sprawdzić), dodali nieco na siłę kolejny wątek, sprowadzający się do rywalizacji o urządzenie umożliwiające wydajniejsze pozyskiwanie energii słonecznej. Na szczęście, historia opowiedziana w filmie jest całkiem spójna, ciąg przyczynowo-skutkowy logiczny i niewymuszony.
Dobra jest również konstrukcja postaci drugoplanowych, których na ekranie przewija się sporo, a mimo to większość zachowuje swój własny charakter. Nawet tak zdawałoby się nieistotna, jak Lazar, rusznikarz, wytwarzający amunicję do złotego pistoletu Scaramangi, który jest autentycznie dumny ze swych dzieł i przekonany o własnej wyjątkowości. Świetna jest także kochanka zabójcy, Andrea Anders – postać prawdziwie tragiczna. Niezły jest również Hai Fat, wspólnik Scaramangi, a jego pomocnik, Nick Nack – doskonały. Zdecydowanie najsłabszą postacią w filmie jest natomiast Mary Goodnight, lokalny rezydent MI6, która asystuje Bondowi w jego misji (u Fleminga Goodnight była również dawną sekretarką Bonda, jednak w filmie nie zostało to dopowiedziane). Kompletnym nieporozumieniem był pomysł sprowadzenia jej do roli mało rozgarniętej blondynki, co niestety filmowi nie wychodzi na dobre (i poddaje w wątpliwość sprawność doboru kadr w tej służbie).
Ponadprzeciętne jest również aktorstwo. Christopher Lee w roli Scaramangi spisał się znakomicie. Podobnie jak obie aktorki wcielające się w role kobiet Bonda: Britt Ekland i Maud Adams (która zresztą w serii pojawi się jeszcze dwukrotnie). „Człowiek ze złotym pistoletem” to również bodaj najlepszy występ Rogera Moore'a w roli Jamesa Bonda, który udowadnia, że miał pomysł na tę postać. Niestety, w późniejszych filmach scenariusz zwykle nie pozwalał mu na właściwą jej interpretację. Sceny jego konfrontacji z Lazarem, albo przesłuchania Anders w jej pokoju hotelowym pozwoliły na ukazanie innego, bardziej szorstkiego, wręcz brutalnego oblicza agenta 007 (oceniając Moore'a przez pryzmat późniejszych części aż trudno uwierzyć, że był on w stanie spoliczkować kobietę!).
Zresztą, w filmie znalazło się wiele naprawdę świetnych, zapadających w pamięć scen i motywów. Dobra bijatyka w Bejrucie, pościg samochodowy po ulicach Bangkoku, spotkanie Bonda ze Scaramangą na turnieju kickboxingu, gdy ten pierwszy zdaje sobie sprawę z faktu, iż siedząca obok niego Anders jest martwa. Również jego pierwszy pojedynek toczony w szkole karate Hai Fata mógł stać się równie kultowy, jak Indiana Jones strzelający do szykującego się do pojedynku arabskiego mistrza miecza w słynnej scenie z „Poszukiwaczy zaginionej arki”. A sam pomysł na wykorzystanie wraku liniowca „Queen Elizabeth”, spoczywającego w graniczącej z Hongkongiem Zatoce Wiktorii, jako lokalnej rezydentury MI6 jedynie początkowo wydaje się być absurdalny.
Bondowska seria od samego początku kojarzy się podtekstami natury erotycznej, a seks – choć zawsze pokazywany bez jakiegokolwiek epatowania szczegółem – odgrywa w niej ważną rolę. Tym razem twórcy posunęli się zaskakująco daleko. Scena, w której Bond obserwuje biorącą prysznic Andreę, jest nadspodziewanie odważna, ale ujęcie to i tak wydaje się być purystyczne i niewinne w porównaniu do Scaramangi wodzącego po twarzy kochanki lufą swego złotego pistoletu. Symbolika tej sceny jest tak czytelna, że zwyczajnie trudno uwierzyć, by była przypadkowa.

Długą listę zalet filmu zamyka świetna scenografia Petera Murtona i fantastyczne plenery, w których rozgrywa się jego akcja, w szczególności zaś ukazanie fantazyjnych formacji skalnych tajlandzkich wysp Phuket – dziś popularnej atrakcji turystycznej, wówczas jednak niemal nieznanej szerszej publiczności.

A zatem, skoro jest tak dobrze (a jest!), to dlaczego „Człowieka ze złotym pistoletem” nie sposób uznać za jednoznacznie udany? Pewnie dlatego, że w drugiej godzinie filmu jego precyzyjna struktura zaczyna się rozchodzić. Z filmu nieco może groteskowego, ale w gruncie rzeczy poważnego i niegłupiego Guy Hamilton próbuje uczynić lekkie i zabawne widowisko. Humor, do tej pory autentycznie udany (M wyliczający osoby mogące pragnąć śmierci Bonda, albo ucinający tyrady Q), staje się męczący. Powrót szeryfa J.W. Peppera mógł wywoływać uśmiech na twarzy widza w pierwszej scenie, ale później już tylko irytuje. Podobnie jak zupełnie niepotrzebne popisy – skok przez rzekę, czy latający samochód, które nie mają absolutnie żadnego uzasadnienia fabularnego i są niczym więcej jak tanimi sztuczkami mającymi wzbudzić zachwyt nad sprawnością twórców filmu. Dobrze, że przynajmniej zarzucono (co ciekawe zresztą) gadżety. Wymieniając wady filmu nie sposób nie wspomnieć o piosence tytułowej zaśpiewanej przez szkocką piosenkarkę Lulu – o tragicznej linii melodycznej i absurdalnym tekście. Pomyśleć tylko, że producenci odrzucili wcześniej utwór skomponowany przez samego Alice'a Coopera!

„Człowiek ze złotym pistoletem” mógł stać się filmem kultowym, prawdziwym klasykiem serii. Niestety, jego twórcy po raz kolejny przeliczyli się, rozmijając się z oczekiwaniami widzów, skutkiem czego powstał obraz, który nie usatysfakcjonował nikogo. Ma jednak wiele zalet, za które można go, tak zwyczajnie, polubić. A na pewno – docenić w niektórych aspektach.
Warto również odnotować, że na „Człowieku ze złotym pistoletem” zakończyła się współpraca Alberta R. Broccoli 'ego i Harry'ego Saltzmana – producentów serii.


OCENA 4/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // ROGER MOORE
 
 
  > data publikacji 30.09.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50