dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  FOR YOUR EYES ONLY // TYLKO DLA TWOICH OCZU
 


„Moonraker” (1979) okazał się być najbardziej dochodowym filmem serii. Cel ten osiągnięto jednak kosztem przekroczenia pewnej granicy, której bondowskie produkcje nie powinny były nigdy przekroczyć. Owszem, James Bond zawsze był na swój sposób oderwany od rzeczywistości. Jednak widowisko stało się dla filmowców celem samym w sobie, na dalszy plan spychając nie tylko wszystko, co w literackim pierwowzorze najważniejsze, ale elementarną wręcz logikę, czy choćby pozory prawdopodobieństwa. Finał „Moonrakera” był tak niedorzeczny, tak absurdalny, że jasne stało się, iż seria w takiej formule nie ma racji bytu. Dlatego też, przymierzając się do produkcji kolejnego filmu, zapadła decyzja o powrocie do korzeni. I sprowadzeniu Bonda, dosłownie i w przenośni, z powrotem na ziemię.
Na fotelu reżysera zasiadł John Glen, dotychczasowy montażysta i szef drugiej ekipy, który w rolach tych występował przy okazji produkcji trzech wcześniejszych filmów. Ambicją Glena było stworzenie rasowego thrillera, w którym nacisk zostałby położony na złożoną fabułę i budowanie napięcia, zamiast skupiać się na wyszukanych gadżetach, rozbuchanej scenografii, czy efektownej wprawdzie, ale w gruncie rzeczy płytkiej akcji.
W tym celu do prac nad scenariuszem zaangażowano weterana, Richarda Maibauma, któremu pomagać miał Michael G. Wilson, pasierb Alberta Broccoli'ego. Na warsztat wzięli dwa opowiadania Iana Fleminga, ostatecznie tworząc całkiem zgrabną fabułę, która pozornie skupia się na próbach odzyskania z wraku zatopionego u wybrzeży Albanii okrętu brytyjskiej Marynarki Wojennej urządzenia o kryptonimie ATAC, nim przejmą je Sowieci – czego skutki mogą być katastrofalne.
Pozornie, bowiem system ATAC jest modelowym wręcz przykładem filmowego MacGuffina – przedmiotu, którego jedynym celem jest zawiązanie fabuły i umotywowanie działań bohaterów, a którego natura jest w gruncie rzecz nieistotna. Nie dowiadujemy się czym dokładnie takie urządzenie jest, jaka jest zasada jego działania. Dla widza informacja ta jest zbędna, a i dla samej fabuły nie ma większego znaczenia. W tym przypadki wiemy tylko, że w rękach Rosjan system ATAC może uczynić brytyjską flotę okrętów wyposażonych w pociski balistyczne Polaris bezużyteczną. Jak każdy MacGuffin, wraz z rozwojem fabuły ATAC stopniowo traci na znaczeniu, choć jest pretekstem do umiejscowienia filmu w zimnowojennych realiach, a przede wszystkim łączy ze sobą pozostałe wątki, które zaskakująco wiernie nawiązują opowiadań Iana Fleminga: „Ryzyko” i „Tylko dla twoich oczu” właśnie. Tym razem, co przecież w owych czasach przestało być regułą, scenarzyści zręcznie zaadaptowali oś fabularną pierwszego z opowiadań, która wplątywała Bonda w rywalizację dwóch greckich przemytników, Arisa Kristatosa i Milosa Columbo. Podobnie jak w literackim pierwowzorze, początkowo Bond daje się zwieść Kristatosowi, który próbuje go wykorzystać do własnych celów. Co więcej, w filmie wykorzystano wiele pomniejszych motywów opowiadania, całość umieszczając wprawdzie w innym kontekście, ale z grubsza zachowując ducha opowieści snutej wcześniej przez Fleminga. Co najważniejsze, udało się odwzorować charakter głównych bohaterów, z których Kristatos okazał się być jednym z ciekawszych czarnych charakterów serii, a Columbo – sprzymierzeńców Bonda. Na drugim planie mamy wątek śmierci małżeństwa Havelock, i próby ich pomszczenia przez córkę, Melinę (u Fleminga: Judy), którą Bond próbuje uchronić przed konsekwencjami jej działań. Wisienką na torcie nawiązań do literackiego kanonu jest wykorzystanie koncepcji urządzenia identyfikującego, który pojawił się w powieści „Goldfinger”, a przede wszystkim sceny przeciągania pod kilem, który stanowił punkt kulminacyjny „Żyj i pozwól umrzeć”. Za nadzwyczaj sprawne lawirowanie między wątkami i udane ich połączenie scenarzystom z całą pewnością należą się brawa.

„Tylko dla twoich oczu” rozpoczyna się mocnym akcentem. Oto Bond odwiedza grób swej tragicznie zmarłej żony, Tracy, Jest to krótka, choć niezwykle emocjonująca scena, której potencjał błyskawicznie zostaje zatracony za sprawą kolejnych wydarzeń, które można jedynie określić mianem absurdalnych. 007 wpada w pułapkę zastawioną przez poruszającą się na wózku inwalidzkim postać, której imienia wprawdzie nie poznajemy, jednak nie mamy wątpliwości, że jest to nikt inny, jak Ernst Stavro Blofeld. Eon Productions nie miało wówczas praw do wykorzystywania tej postaci, stąd też ta szyta grubymi nićmi maskarada, bez wątpienia będąca prztyczkiem w nos Kevina McClory. Ostateczne zakończenie rozdziału poświęconego największemu przeciwnikowi Bonda było świetnym pomysłem. Szkoda tylko, że Blofeld ginie w żenujący, absolutnie niegodny tej postaci sposób.
Na szczęście potem jest już tylko lepiej, a z czasem – znacznie lepiej, choć pierwsza godzina filmu jest jak danie, które przyrządzone zostało z właściwych składników, ale wymieszanych w złych proporcjach. W tej części „Tylko dla twoich oczu” akcja goni akcję, co jednak dość szybko staje się męczące i zaczyna nużyć. Na szczęście druga połowa z nawiązką rekompensuje wszystkie mankamenty. Tempo spada, pozwalając widzowi skupić się na innych, niż efektowne popisy kaskaderskie, aspektach filmu: nieźle napisanym scenariuszu, świetnie skrojonych postaciach, dobrej grze aktorskiej, w czym przoduje bezbłędny Julian Glover, w przeszłości zresztą kilkukrotnie przymierzany do roli Bonda i Topol (najlepiej znany z głównej roli w legendarnym „Skrzypku na dachu”). Szkoda, że kroku nie dotrzymuje im Carole Bouquet; bezdyskusyjnie urodziwa, ale kompletnie pozbawiona talentu aktorskiego.
W „Tylko dla twoich oczu” podjęto również próbę zdefiniowania na nowo postaci Jamesa Bonda, który w interpretacji Rogera Moore'a zaczął przypominać bohatera żywcem wyjętego z kart komiksu; nieomylnego, wszechwiedzącego, wychodzącego bez szwanku z najgorszych nawet opresji, głównie dzięki coraz to bardziej wymyślnym gadżetom. Symboliczna w tym kontekście jest scena, w której Bond, w akcie zemsty, strąca w przepaść bezbronnego Locque'a. Scena ta cechuje się okrucieństwem, które nie przystaje do utrwalonego już wizerunku agenta 007 w wykonaniu Moore'a, który zresztą miał duże obiekcje przed jej zagraniem.

Technicznie film jest majstersztykiem. Absolutnie każdy jego element, od fenomenalnych zdjęć Alana Hume'a poczynając, a na wykonanym z dużym wyczuciem montażu autorstwa Johna Grovera kończąc. Świetna, choć odbiegająca od standardów serii jest muzyka Billa Conti'ego, który skomponował także nominowany do Oscara utwór tytułowy. Również kaskaderzy musieli wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, bowiem sceny akcji w filmie cechują się wyjątkową pomysłowością, ale i złożonością.

„Tylko dla twoich oczu” to udana próba powrotu do źródeł serii i najlepszy film od czasu premiery „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. Nie sposób wprawdzie określić go mianem absolutnego klasyka, ale docenić kunszt realizacyjny i niemal idealne wyważenie proporcji: akcji, humoru, ale i dramatu – trzeba.


OCENA 4,5/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // DVD // ROGER MOORE
 
 
  > data publikacji 9.10.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50