dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  LIVE AND LET DIE // ŻYJ I POZWÓL UMRZEĆ
 


„Żyj i pozwól umrzeć” z roku 1973 jest filmem szczególnym: rozpoczyna, trwającą dwanaście lat, erę Rogera Moore'a, który wcieli się w rolę Jamesa Bonda jeszcze sześciokrotnie. Moore był już wówczas aktorem znanym i rozpoznawalnym, głównie za sprawą roli Simona Templara w popularnym brytyjskim serialu „Święty” – adaptacji serii książek Leslie Charterisa. Naturalnie Broccoli i Saltzman za wszelką cenę chcieli uniknąć błędu popełnionego przy okazji „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, gdzie do roli Jamesa Bonda zaangażowano modela i początkującego aktora, nieznanego szerszej publiczności George'a Lazenby.
Filmy z Moore'em przedefiniowały serię, która zaczęła niejako żyć własnym życiem. W większym stopniu sięgały po elementy humorystyczne, jak również cechy właściwe dla innych gatunków filmowych. Z jednej strony pozwoliło to nadać serii nową jakość, z drugiej – często stosowane były w natężeniu nieprzystającym do jej charakteru, czego zwieńczeniem był fatalny „Moonraker”.

Jednak debiut Moore'a w roli Bonda trzeba uznać za udany. „Żyj i pozwól umrzeć” jest bodaj ostatnim filmem serii, którego z literackim pierwowzorem łączy coś więcej, niż tytuł, imiona bohaterów i pojedyncze, często wyjęte z kontekstu wątki. Co prawda Mr. Big nie jest tu agentem SMERSZ, finansującym działalność radzieckiej siatki szpiegowskiej przy pomocy siedemnastowiecznych złotych monet, a handlarzem narkotyków który, dzięki wpływom zarówno w USA, jak i na Karaibach, stworzył wyrafinowany system ich produkcji, a następnie dystrybucji. Pozwoliło to na zmianę ciężaru gatunkowego filmu. Powieść, przynajmniej do pewnego momentu, jest bardziej awanturnicza, uderzająca w niemal przygodowe tony. Tu zaś mamy do czynienia z fabułą wpisującą się bardziej w narrację rasowego thrillera.
I choć pojawiają się elementy humorystyczne (żeby nie rzec: groteskowe), które są tak charakterystyczne dla ery Moore'a, to jednak tym razem (jeszcze!) ich nagromadzenie zasadniczo nie przytłacza, nie przeszkadza. W szczególności mam tu na myśli sceny z udziałem szeryfa J. W. Peppera, który jest mocno przesadzonym uosobieniem typowego amerykańskiego południowca.
„Żyj i pozwól umrzeć” cechuje niezły klimat, stosunkowo ponury, w szczególności w scenach rozgrywających się na karaibskiej wyspie San Monique, gdzie Mr. Big roztacza kult voodoo, wykorzystując do tego wizerunek barona Samedi. Choć charakterystyczne dla tej religii, wprowadzające wyznawców w trans rytuały sfilmowane zostały w dość kameralnej manierze, jednak udało się uchwycić ich specyfikę. Z obrazem doskonale współgra muzyka George'a Martina, a wielokrotne wykorzystywana w filmie linia melodyczna skomponowanej przez Paula i Lindę McCartney tytułowej piosenki (nominowanej zresztą do Oscara) kapitalnie pomaga budować klimat zagrożenia.
Jeśli oceniać „Żyj i pozwól umrzeć” przez pryzmat poszczególnych jego elementów, można dojść do wniosku, że w zasadzie nie ma słabych punktów. Scenariusz trudno uznać za szczególnie skomplikowany, jednak generalnie pozbawiony jest błędów i luk fabularnych. Dodatkowo film utrzymany jest w odpowiednim tempie – akcja nie pędzi na złamanie karku, ale też udało się uniknąć dłużyzn. Również aktorzy stanęli na wysokości zadania. Yaphet Kotto idealnie wpisał się w podwójną rolę głównego protagonisty, zaskakująco dobrze wypadła również urocza jak zawsze Jane Seymour. Zdecydowanie swobodnie w roli Jamesa Bonda czuł się Roger Moore, który nie miał zamiaru powtarzać kreacji poprzedników, starając się nadać swej postaci nowy charakter. Co z pewnością mu się udało. Dziś fani serii nie darzą Moore'a szczególnym uznaniem, ale trzeba uczciwie przyznać, że postrzegamy aktora głównie przez pryzmat filmów, w jakich wystąpił. A kolejne części serii ery Moore'a zaczęły dość szybko dryfować w kierunku przesady, podporządkowując je głównie widowiskowości. Niemniej jednak Anglik zdecydowanie potrafił wykorzystać momenty, w których scenariusz pozwalał mu na własną interpretację postaci, w interesujący sposób łącząc powagę i dystans.

Paradoksalnie największym problemem „Żyj i pozwól umrzeć” jest to, że jest to tylko i aż film, solidny, na wskroś poprawny. Nie ma w nim niczego, co wyniosłoby go ponad ten poziom, uczyniło wyjątkowym, zapadającym na dłużej w pamięć. Z tego punktu widzenia decyzja o niewykorzystaniu najmocniejszych punktów powieści: okaleczenia Felixa Leitera (motyw ten pojawił się dopiero w „Licencji na zabijanie”) lub przeciągania Bonda i Solitaire pod kilem wśród karaibskiej rafy koralowej (luźno wykorzystane w „Tylko dla twoich oczu”), wydaje się być zupełnie niezrozumiała. W ostatecznym rozrachunku film ogląda się przyjemnie, choć bez szczególnej ekscytacji.


OCENA 4/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // OPIS POSTACI // ROGER MOORE
 
 
  > data publikacji 30.09.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50