dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  GOLDENEYE // GOLDENEYE
 


Wiosną 1994 roku z rolą Jamesa Bonda pożegnał się Timothy Dalton. Ten utalentowany aktor wystąpił jedynie w dwóch, jakże udanych, filmach serii: „W obliczu śmierci” (1987) i „Licencja na zabijanie” (1989). Choć wyniki finansowe obu nie były imponujące, jednakże nie to zaważyło na fakcie, iż na kolejny odcinek serii musieliśmy czekać aż sześć lat. Na skutek tarapatów finansowych, w które po raz kolejny popadło MGM, a także zawirowań prawnych, jego premiera została odłożona na czas bliżej nieokreślony. Po nieoczekiwanej rezygnacji Daltona, rozpoczęto poszukiwania nowego kandydata do roli 007. Jednak tak naprawdę liczyło się tylko jedno nazwisko.
Dlatego też nikt nie był zdziwiony, gdy w czerwcu 1994 roku na specjalnej konferencji prasowej zorganizowanej przez EON Productions ogłoszono, że nowym Jamesem Bondem zostanie Irlandczyk, Pierce Brosnan, który był zresztą typowany na następcę Rogera Moore’a w latach osiemdziesiątych. To z myślą o nim pisany był scenariusz filmu „W Obliczu Śmierci”. Wówczas jednak zobowiązania wobec producentów serialu „Detektyw Remington Steele” uniemożliwiły mu zaangażowanie się w projekt Po rezygnacji Daltona Brosnan był więc oczywistym wyborem. Prace nad kolejnym, 17. filmem serii, znanym ostatecznie jako „GoldenEye”, ruszyły z miejsca.
W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych seria znalazła się w najtrudniejszym dla niej okresie. Często zadawano sobie pytanie: czy to jeszcze w ogóle ma sens? Czy po tylu latach możliwy jest powrót na szczyt? Wszak od czasów premiery „Licencji na zabijanie” zmieniło się wiele. Czy James Bond odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Czy jest jeszcze miejsce dla takiego bohatera? Okazało się, że owszem. Czasy się zmieniły, jednak Bond także. Częściowo.
Reżyserii odcinka podjął się Martin Campbell, na którym spoczął ogromny ciężar przywrócenia serii jej świetności. Ostatecznie okazało się, że rozbudzonym ponad miarę oczekiwaniom sprostał. Świadczyły o tym nie tylko przychylne recenzje, ale także ogromne wpływy w box-office. Na całym świecie film zarobił przeszło 350 milionów dolarów, co oczywiście było rekordem serii.
„GoldenEye” nie był filmem przełomowym. Nie wytyczał nowych szlaków, nie starał się odbiegać od kanonu. Jak widać, doświadczenia zdobyte w latach osiemdziesiątych, a w szczególności po fiasku „Licencji na zabijanie”, skutecznie odwiodły producentów od podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz raczej trzymający się pewnych niezmiennych, jak się wydaje, założeń.
Nie znaczy to jednak, że film ten nie wniósł do serii niczego nowego. Wszak nie sposób było powielać schematy znane z ery Rogera Moore’a, gdzie nieskrępowana zabawa i przygoda wydawała się być ważniejsza, niż styl nakreślony przez samego Fleminga. Brosnan jest aktorem łączącym w sobie cechy właściwe dla poprzedników. I podobnie jest z samym „GoldenEye”.
Owszem, z pewnego punktu widzenia był to film nowatorski. I bynajmniej nie chodzi mi o to, że Bond zasiada za kierownicą niemieckiego samochodu BMW Z3, który nijak nie może konkurować z klasą marki Aston Martin. Seria musiała się zmienić, bo i zmienił się świat. Koniec zimnej wojny i rozpad Związku Radzieckiego postawiły producentów przez nie lada wyzwaniem. Wszak James Bond właśnie twór tamtych czasów. Nieustanna walka z KGB na wszelkich możliwych frontach była przecież lejtmotywem serii. I nie sposób było od tego problemu uciec. Scenarzyści musieli więc pustkę powstałą w wyniku upadku ZSRR w jakiś sposób wypełnić. Okazało się, że – wbrew obawom – w nowej rzeczywistości nadal jest miejsce dla 007.
Z tego punktu widzenia, „GoldenEye” stanowi wspaniałe zamknięcie epoki, jednocześnie budząc demony świata postzimnowojennego. Nie bez powodu początek filmu umiejscowiony jest jeszcze w latach osiemdziesiątych, gdzie Bond niszczy fabrykę broni chemicznej w Związku Radzieckim. Później jednak scenarzyści zadają pytanie o miejsce Bonda w nowym porządku rzeczy. I tak też musi on przejść ocenę przydatności do służby. Z tego też powodu nowa M zarzuca mu, iż jest „reliktem zimnej wojny”. Zaraz potem jednak przyjdzie mu stawić czoła rosyjskiej mafii, w dużej mierze stworzonej przez byłych funkcjonariuszy KGB, czy też przedstawicielom komunistycznego aparatu, którym nie w smak były demokratyczne przemiany, a którym marzył się powrót do status quo ante.
Przeciwnikiem Bond w tym odcinku jest niejaki Janus, stojący na czele syndykatu przestępczego. Jak wiadomo, jest to uznany za poległego w akcji agent 006 wywiadu Jej Królewskiej Mości, Alec Travelyan. I to właśnie jest najważniejszy i najmocniejszy aspekt filmu. Travelyan jest bez wątpienia jednym z najlepiej napisanych przeciwników Bonda w całej serii. Świetnie zagrany przez Seana Beana stanowi swego rodzaju odbicie lustrzane 007, choć łączy ich wiele – obydwoje służyli w SIS, stracili w dzieciństwie rodziców. Byli nie tylko towarzyszami broni, ale też przyjaciółmi.
Kolejnym charakterystycznym elementem filmu jest dziewczyna Bonda. W tym przypadku również mamy do czynienia ze swoistym novum. Nigdy wcześniej tym postaciom nie poświęcano tak dużo czasu ekranowego, jak Natalii Simonowej, której poczynania możemy śledzić jeszcze zanim spotyka Bonda. Również później stać ją na coś więcej niż kolejne „och, James”, czego najlepszym przykładem może być scena rozgrywająca się na karaibskiej plaży, dzięki której zresztą trochę lepiej poznajemy samego 007. Nie przez przypadek nowa M jest kobietą, co jest kolejnym znakiem czasów. Zresztą, stosunki między nimi nie od razu układają się pomyślnie. Bond będzie dopiero musiał zapracować na zaufanie nowej szefowej. I vice versa.
Wreszcie, na ekranie pojawia się Bill Tanner, szef sztabu Tajnej Służby Wywiadowczej, jedna z najważniejszych postaci powieściowego cyklu, która z zupełnie niezrozumiałych względów w filmach była do tej pory kompletnie marginalizowana.
Film, oczywiście, ma swoje wady. Zdecydowanie słaba jest choćby muzyka autorstwa Érica Serry, która kompletnie pozbawiona jest wyrazu. Z drugiej strony utwór tytułowy, skomponowany przez Bono i The Edge z grupy U2, kapitalnie wykonany przez Tinę Turner, z miejsca stał się klasykiem.
„GoldenEye” to mimo wszystko stary, dobry bond, z solidnie napisanym scenariuszem, wartką akcją, szaleńczymi pościgami, efektownymi scenami akcji, inteligentnym humorem (doskonale wprowadzono nową postać – agenta CIA, Jacka Wade’a) i wszystkimi tak charakterystycznymi dla serii elementami. James Bond powrócił. W wielkim stylu!


OCENA 4/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // DVD // PIERCE BROSNAN
 
 
  James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.  
  bond 50