dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  DR. NO // DOKTOR NO
 


Oto film, który zapoczątkował najdłuższą i jedną z najważniejszych serii w historii kina. Film, który na stałe zapisał się w historii kinematografii, unieśmiertelniając postać znaną wcześniej z kart powieści Iana Fleminga: komandora Jamesa Bonda – agenta 007 wywiadu Jej Królewskiej Mości.
Recenzja dzieła otoczonego kultem zawsze stanowi nie lada wyzwanie, w szczególności takiego jak „Doktor No”, który w zasadzie stanowi klasę samą dla siebie, a definiując (w znacznej mierze) bondowską serię wytycza własne standardy. W tym przypadku idealnie sprawdza się stwierdzenie „diabeł tkwi w szczegółach”, bo to one w znacznym stopniu zadecydowały o sukcesie projektu.

Oczywiście, nie ma filmów pozbawionych wad i „Doktor No” nie jest tutaj wyjątkiem. Z niewiadomych powodów dość poważnie spłycono postaci doktora No, a w szczególności Honey Ryder, o przeszłości których dowiadujemy się stosunkowo niewiele. Trzeba docenić mocne aktorstwo pierwszoplanowe, szczególnie posągowego Josepha Wisemana w roli protagonisty Bonda, ale nie sposób nie zauważyć nierównych roli drugoplanowych i fatalnego aktorstwa postaci trzecioplanowych. Bardzo specyficzna jest studyjna scenografia, której nienaturalność dość mocno rzuca się w oczy (to oczywiście przywara, która jeszcze długo towarzyszyć będzie serii). Również w trzecim akcie film nieco traci tempo, ale trudno mieć do scenarzystów pretensje o chęć możliwie wiernej adaptacji prozy Fleminga. Można (a wręcz trzeba) za to mieć żal o fatalne wykorzystanie kapitalnego motywu „toru przeszkód”, jakim Bond musi sprostać uciekając z celi. W powieści sadystyczna konstrukcja doktora No, którą chciał mierzyć anatomię ludzkiej odwagi, siły przetrwania i woli przeżycia nieomal doprowadziły do śmierci Bonda. W filmie natomiast wątek ten został poprowadzony tak szybko, że mniej zaangażowany widz może nawet nie zauważyć, że jest on realizacją perfidnego scenariusza doktora No.
Na szczęście to jedyne minusy tego skądinąd doskonałego filmu, którego najmocniejszymi elementami są świetnie napisany scenariusz i dobra reżyseria Terence'a Younga, który doskonale potrafił stopniować napięcie, wprowadzać postacie i do granic możliwości wykorzystać fantastyczne plenery, w których umiejscowiono akcję filmu, a które odgrywają niebagatelną rolę w budowaniu specyficznego klimatu „Doktora No”.
Dość nietypowo zawiązano intrygę, upodabniając Bonda bardziej do detektywa niż wpisując go w schematy typowe dla późniejszych produkcji. Zresztą, niewątpliwą zaletą „Doktora No” jest fakt, iż definiując postać agenta 007 (którego wizerunek, przynajmniej w interpretacji Seana Connery'ego, pozostanie praktycznie niezmienny, choć słabość do kobiet i skłonność do wykorzystywania licencji na zabijanie jest bez wątpienia przerysowana, jeśli zestawić go z pierwowzorem literackim), unika jednocześnie charakterystycznej dla większości kolejnych filmów przesady. I tak też w filmie tym Bond musi polegać na własnej inteligencji i sprycie, a nie na gadżetach (będących, niestety, największą zmorą serii), które w przyszłości niejednokrotnie ratować go będą z opresji, jednocześnie pełniąc funkcję swoistego deus ex machina. Również, choć niezbyt skomplikowana, ale spójna i ciekawa fabuła jest tym razem jeszcze ważniejsza, niż spektakularne sceny akcji, popisy kaskaderskie i efekty specjalne. Dość powiedzieć, że najlepsze sceny w „Doktorze No” są najbardziej kameralne, jak choćby ta, w której Bond konfrontuje się z profesorem Dentem, swym niedoszłym zabójcą (z którym zresztą ostatecznie rozprawia się w mało elegancki sposób). To tylko udowadnia jak ogromny potencjał dramatyczny tkwi w samym Bondzie – coś, o czym zdaje się producenci dalszych filmów najwyraźniej zapomną.

„Doktor No” nie był produkcją wysokobudżetową, nawet na ówczesne standardy. Tym większe zatem słowa uznania należą się jego twórcom którzy, pomimo ograniczeń, potrafili stworzyć film niemal doskonały. Zapewne jednak nawet oni nie spodziewali się, że kładą podwaliny pod serię, która dekady później nadal będzie przyciągała przed ekrany miliony widzów, na której wychowywać się będą kolejne pokolenia i która rozpalać będzie wyobraźnię ogromnej rzeszy fanów. Za to wszystko – czapki z głów!


OCENA 5/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // OPIS POSTACI // DVD
 
 
  > data publikacji 02.08.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50