dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  DIE ANOTHER DAY // ŚMIERĆ NADEJDZIE JUTRO
 


„Śmierć nadejdzie jutro” to dwudziesty, jubileuszowy film powstały w 40. rocznicę premiery „Doktora No”. Z przykrością jednak trzeba stwierdzić, że jubileusz się nie udał.
Pierwsza godzina filmu jest po prostu wyborna – dramatyczna, pełna powagi. Jak wiadomo, Bond po fiasku operacji w Korei Północnej dostaje się do niewoli, gdzie przez kilkanaście miesięcy poddawany jest różnorakim torturom. Jednak jego dramat nie kończy się z chwilą opuszczenia więzienia. Jako potencjalny zdrajca okazuje się być niepotrzebny dla MI6. Pozbawiony licencji na zabijanie, na własną rękę podejmuje pościg za niejakim Zao – terrorystą na usługach północnokoreańskiego pułkownika Moon. Doprawdy już sam ten pomysł jest niezwykle ciekawy, a co ważniejsze, tkwiący w nim potencjał został (do czasu) należycie wykorzystany. I gdyby cały film trzymał poziom pierwszej połowy, bez chwili wahania „Śmierć nadejdzie jutro” można by określić mianem najlepszego odcinka serii!
Niestety, w pewnym momencie twórcy filmu dokonują zwrotu o 180 stopni, serwując nam efektowne kino akcji, niestety pozbawione dramatyzmu, a co gorsza – mało sensowne, czy wręcz nielogiczne.
Co jednak najgorsze, owa bezsprzeczna efektowność często niebezpiecznie ociera się o efekciarstwo. Naturalnie w bondowską serię wpisane są pewne nieprawdopodobieństwa. Sam James Bond jest postacią, która z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji wychodzi bez szwanku. Tym razem jednak zdecydowanie przesadzono, czego najbardziej dobitnym przykładem może być scena, w której 007 ratuje się przed upadkiem z lodowca. Pomysł ten z powodzeniem można uznać za jeden z najgłupszych w serii, który wzbudza jedynie zażenowanie.
Jakby tego było mało, scenarzyści zaserwowali nam znacznie więcej absurdalnie nierealistycznych motywów. Znikający samochód, śmiercionośne satelity, wirtualna strzelnica, czy mutacje twarzy (!), doprawdy – zbyt wiele tego jak na jeden film.
W „Śmierć nadejdzie jutro” akcja goni akcję. Są tu szaleńcze pościgi, strzelaniny, bijatyki (w tym absolutnie rewelacyjny pojedynek szermierczy w klubie Blades) – słowem wszystko, czego można oczekiwać od filmu o agencie 007. Często jednak ma się wrażenie wrażenie, że to właśnie sceny akcji stanowią clou obrazu. Cierpi na tym fabuła. Niezbyt czytelny jest choćby plan zaatakowania Korei Południowej. Motywacji, jakie kierują Gravesem możemy się w zasadzie domyślać. Relacja między bohaterami została również nakreślona po macoszemu. Inną sprawą jest, że dla niektórych z nich zabrakło czasu; Robinson snuje się zwykle bez większego celu, a Moneypenny występuje w jednej, kompletnie niepotrzebnej i ambarasującej scenie. Do tego kobieta Bonda, niejaka Giacinta 'Jinx' Johnson, jest kompletnie pozbawiona wyrazu. Zupełnie, jakby scenarzystów w zupełności satysfakcjonowało to, że próbuje być ona dla 007 równorzędną partnerką. Na tle pozostałych postaci zdecydowanie najlepiej wypada Miranda Frost; zimna, pozbawiona skrupułów jędza, dodatkowo rewelacyjnie zagrana przez Rosamund Pike.
Zresztą, pod względem gry aktorskiej „Śmierć nadejdzie jutro” stoi na bardzo wysokim poziomie. Na szczególne uznanie zasługuje Toby Stephens, który przekonująco wcielił się w rolę Gustava Gravesa – co z pewnością nie było łatwe, szczególnie zważywszy na to, jak bardzo postać ta została przez scenarzystów zmarnotrawiona. Gorzej wypada Halle Berry, która ani przez moment nie próbuje wyjść poza iście kampową manierę grania.

Jako, że „Śmierć nadejdzie jutro” jest jubileuszowym filmem serii, wprawne oko bez większych problemów dostrzeże wiele nawiązań wcześniejszych obrazów. Co ciekawe, w jednej ze scen Bond korzysta z książki „Birds of the West Indies” autorstwa... Jamesa Bonda. Jak wiadomo, ten amerykański ornitolog zainspirował Iana Fleminga, kiedy ten próbował wymyślić dla swojego bohatera stosowne imię i nazwisko.
Od strony technicznej filmowi wiele zarzucić nie można. Efekty specjalne w rekordowej jak na serię liczbie, poza paroma wyjątkami, stoją na wysokim poziomie. Dobre są zdjęcia Davida Tattersalla, choć zbyt częste sięganie po zwolnione lub przyspieszone tempo może drażnić. Tak naprawdę najlepszym elementem filmu jest muzyka Davida Arnolda, której potężne, dosadne brzmienie doskonale ilustruje akcję. Kompletnym nieporozumieniem jest za to tytułowa piosenka w wykonaniu Madonny.

„Śmierć nadejdzie jutro” mogło stać się klasykiem serii. Mogło być dziełem wyjątkowym. Jubileuszem godnym serii. Film możemy wyróżnić za świetny punkt wyjścia, niezłą historię i ponadprzeciętne aktorstwo. Wszystko zostało zrealizowane przez niezgorszą ekipę.
Ale jego twórcy przeliczyli się; błędnie ocenili oczekiwania widzów. Zupełnie, jakby nie zauważyli, że czasy się zmieniły. Że powinny ją charakteryzować prawdziwe emocje, a nie wyłącznie widowiskowość.
Przede wszystkim jednak natężenie absurdu – co ważne, zupełnie zbędnego i nieuzasadnionego – przekroczyło wszelkie granice, czyniąc „Śmierć nadejdzie jutro” jedną z najsłabszych odsłon serii.

Oceniając jednak film z perspektywy lat, w trakcie których do części niedorzeczności zdążyliśmy się przyzwyczaić (a przez to nauczyliśmy się przymykać na niektóre z nich oko), można go docenić za niezaprzeczalne, opisane wcześniej walory. Przede wszystkim jednak za niemal doskonałe tempo narracji, które ani przez moment nie pozwala się nudzić. Mimo wszystkich wad i ułomności, „Śmierć nadejdzie jutro” może – przy odpowiednim nastawieniu – zapewnić solidną rozrywkę.
Szkoda tylko, że po seansie niechybnie nachodzi widza refleksja, iż zaprzepaszczono szansę na dzieło wybitne.

OCENA 2,5/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // OPIS POSTACI // DVD // PIERCE BROSNAN
 
 
  > data publikacji 01.11.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50