dr no frwl gf tb yolt ohmss daf lald tnwtgg tswlm mr fyeo oc avtak tld ltk ge tnd twine dad cr qos sf
24 25
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
 

Nie czas umierać – przewidywania przed premierą

 
Do premiery Nie czas umierać pozostał nieco ponad miesiąc. Film jest już na ukończeniu. To najlepszy moment, żeby pokusić się o podsumowanie produkcji i zastanowić się nad tym które jej elementy mogą niepokoić, a które zwiastują pierwszorzędne widowisko.

 
 
PIĄTEK 01.03.2020 - MARCIN TADERA - FELIETON  

Historia powstawania Nie czas umierać sama w sobie jest materiałem na niezły scenariusz. To zdumiewające, że Eon Productions, które od niemal sześćdziesięciu lat produkuje filmy o najsłynniejszym agencie Jej Królewskiej Mości uwikłało się w tak burzliwy proces realizacyjny. Jasne, na niektóre rzeczy żadnego wpływu nie miało, jak na permanentne problemy finansowe studia MGM, współwłaściciela praw do filmowej inkarnacji agenta 007. Niektóre jednak można, a nawet trzeba było przewidzieć zawczasu, a zwłaszcza konkretne wybory personalne.

Produkcję ostatniego filmu z udziałem Daniela Craiga zapamiętamy na długo. W pewnym momencie można było mieć wrażenie, że dotknęły ją wszelkie nieszczęścia tego świata. Miejmy jednak nadzieję, że wszystko dobre, co się dobrze kończy i Nie czas umierać z miejsca stanie się klasykiem serii.

Jest cała masa powodów pozwalających myśleć, że tak właśnie będzie. Ale jednocześnie kilka rzeczy może budzić uzasadnione obawy. W oczekiwaniu na premierę spróbujmy zatem podsumować produkcję tego filmu i wskazać zarówno mocne, jak i potencjalnie słabe jej elementy.


Burzliwe przymiarki

Maj 2018 roku. W oświadczeniu Eon Productions kończy wielomiesięczne spekulacje – na fotelu reżysera jubileuszowej, 25. części przygód Jamesa Bonda zasiada Danny Boyle. Scenariusz ma napisać jego stały współpracownik, John Hodge, choć wcześniej oficjalnie potwierdzono, że nad tekstem pracują Neal Purvis i Robert Wade, co jest jednoznaczne z tym, że ich praca trafia do kosza.


Od lewej: Michael G. Wilson, Daniel Craig, Barbara Broccoli, Cary Joji Fukunaga

Wybór Boyle’a przyjmowany jest z umiarkowanym entuzjazmem; choć Brytyjczyk raczej celuje w produkcje kameralne, to jednak, jako zdobywca Oscara (za Slumdog. Milioner z ulicy) ma na starcie spory kredyt zaufania. Nieliczne głosy przypominają, że proces produkcyjny jedynego w jego dorobku filmu, który można określić mianem “wysokobudżetowego widowiska” (Niebiańska plaża), zamienił się w koszmar – czego zresztą sam zainteresowany specjalnie nie ukrywa.

Sierpień 2018 roku. Michael G. Wilson, Barbara Broccoli i Daniel Craig rozpętują burzę oświadczając, że Boyle nie wyreżyseruje Bonda 25, jako powód wskazując na “rozbieżności twórcze”. Media spekulują, że konflikt na linii Boyle – Craig dotyczyć miał obsady przeciwnika Bonda; zgodnie z wolą niedoszłego reżysera w rolę tę miał się wcielić Tomasz Kot, na co z kolei rzekomo nie chciał przystać Craig. W rzeczywistości jednak na tę decyzję złożył się szereg czynników; możliwe, że pomysł Boyle’a na film był zbyt “radykalny”, a i sam reżyser ponoć był trudny we współpracy i źle znosił ingerencję producentów w proces twórczy.

Wraz z Boylem pracę nad filmem zakończył John Hodge. Skutkiem tego zamieszania Barbara Broccoli i Michael G. Wilson na poważnie rozważali zakończenie prac nad filmem, co przyznali w niedawnym wywiadzie dla “Entertainment Weekly”.

Przez blisko miesiąc produkcja filmu znajduje się w całkowitym impasie, a zegar tyka nieubłaganie. Wreszcie, w październiku 2018 roku, reżyserem filmu zostaje Cary Joji Fukunaga, najlepiej znany z prac nad cieszącym się powszechnym uznaniem pierwszym sezonem wyprodukowanego dla HBO serialu Detektyw. Do napisania scenariusza ponownie zostają zaangażowani Neal Purvis i Robert Wade, weterani cyklu (mają na swoim koncie aż sześć filmów, począwszy od Świata to za mało).

Data premiery, pierwotnie zaplanowana na 8 listopada 2019 roku, zostaje po raz pierwszy przesunięta. Film ma zagościć na ekranach kin 14 lutego 2020 roku.

Początek 2019 roku. Media donoszą, że scenariusz Bonda 25 trafia do poprawki, a zadanie jego przepisania powierzone zostaje legendzie Hollywood, Scottowi Z. Burnsowi – jednemu z najlepszych doradców scenariuszowych w branży. I choć script doctoring jest niemal nieodłącznym elementem każdej większej produkcji, w tym przypadku mówi się, że skala zmian ma być “ogromna”. Burns dostaje wolną rękę: może wedle uznania zmieniać dialogi, usuwać lub rozbudowywać poszczególne wątki, zmieniać charakter postaci. Ma na to cztery tygodnie, za które otrzymuje honorarium rzędu “okupu za króla”.

Luty 2019 roku. Data premiery zostaje ponownie przesunięta. Film ma wejść na afisze 8 kwietnia 2020 roku. Powodów tej decyzji nie poznaliśmy do dziś.


Lashana Lynch jako Nomi

Pierwszy klaps na planie Bonda 25 pada 28 kwietnia 2019 roku. Przez 180 dni zdjęciowych ekipa gości w Norwegii, Włoszech, na Jamajce, Wyspach Owczych i, oczywiście, w Wielkiej Brytanii. Zdjęcia zostają oficjalnie zakończone 25 października. Nie czas umierać wchodzi w fazę postprodukcji.


Złe dobrego początki?

Można odnieść wrażenie, że producentów Nie czas umierać prześladował nieprawdopodobny pech. A przecież w międzyczasie, już po rozpoczęciu zdjęć, Daniel Craig odniósł kontuzję, przez którą trzeba było naprędce zmieniać harmonogram prac nad filmem. Do ekipy dołączyła Phoebe Waller-Bridge, która ponownie przepisała scenariusz, a za współpracę podziękowano kompozytorowi, Danowi Romerowi. Romer, podobnie jak wcześniej Boyle, był personalną pomyłką, która nie powinna była się przytrafić tak doświadczonej ekipie producentów. Brzmi jak przepis na katastrofę? Absolutnie.

Jednak z perspektywy czasu śmiało można zaryzykować tezę, że w ostatecznym rozrachunku nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a premiery filmu można wyczekiwać z umiarkowanym optymizmem.

No bo tak: Danny Boyle reżyserem jest niezłym, ale nie dawał absolutnie żadnej gwarancji, że będzie w stanie “udźwignąć” tak złożoną produkcję (Fukunaga zresztą też nie, ale o tym za chwilę). Dodatkowo, charakterystyczny dla niego styl, jak i – zapewne – nietuzinkowe pomysły, mogłyby nie przypaść do gustu fanom, którzy mimo wszystko liczą na podtrzymanie charakterystycznej dla serii konwencji.

Fukunaga jest reżyserem sprawnym. Potrafi świetnie opowiadać historie, doskonale prowadzić aktorów, a jego produkcje są niezwykle wysmakowane wizualnie. Przy tym wszystkim sam jest utalentowanym scenarzystą, dzięki czemu można liczyć na to, że ewentualne mankamenty tekstu były przez niego na bieżąco korygowane. Zresztą, zarówno Scott Z. Burns, jak i Phoebe Waller-Bridge, zaliczani są do ścisłej ekstraklasy scenarzystów. Wydaje się więc, że o ten element produkcji możemy być spokojni.

Producentom udało się zebrać naprawdę doborową ekipę. Muzykę do filmu skomponuje laureat Oscara i kolejna legenda Hollywood, Hans Zimmer. Za zdjęcia odpowiada Linus Sandgren, który Nagrodę Akademii Filmowej otrzymał za pracę nad filmem La La Land. Trudno nie zachwycić się również realizowanymi przez niego zdjęciami do Pierwszego człowieka. Za stołem montażowym zasiada Tom Cross, który uhonorowany został Oscarem za genialny wręcz pod tym względem Whiplash. Wspomaga go Elliot Graham.

Na planie zameldowali się wyśmienici aktorzy, z laureatami Oscara (Christoph Waltz i Rami Malek) oraz Złotej Palmy w Cannes (Léa Seydoux) na czele. Partneruje im zgrana ekipa: Naomie Harris, Ben Whishaw, Jeffrey Wright, Rory Kinnear oraz Ralph Fiennes. W Nie czas umierać będziemy mogli podziwiać (to chyba dobre słowo) Anę de Armas, jedno z najgorętszych obecnie nazwisk w Hollywood.


Naomie Harris (Eve Moneypenny), Rory Kinnear (Bill Tanner), Ben Whishaw (Q)

Przede wszystkim zaś, choć przesunięcie daty premiery (i to dwukrotne!) zwykle zwiastuje kłopoty, to dzięki temu producenci dali sobie czas na szlifowanie filmu, zamiast w szaleńczym tempie kończyć nad nim prace, co zawsze jest co najmniej równie problematyczne. Produkcja niejednego filmu boleśnie ucierpiała właśnie przez to, że problemy na i poza planem nie miały przełożenia na wyznaczoną zawczasu datę premiery.

Biorąc to wszystko pod uwagę, czy coś może pójść nie tak?


Łyżki dziegciu w beczce miodu

Ano może.
Newralgicznym elementem każdej produkcji filmowej jest scenariusz. Choć za tekst do Nie czas umierać odpowiadają naprawdę utalentowani i cenieni twórcy, to jednak w powiedzeniu rozpoczynającym się od słów “gdzie kucharek sześć” jest ziarno prawdy. Wizje poszczególnych scenarzystów, którzy poprawiają nawzajem swoją pracę, uwzględniając coraz to nowe żądania producentów, dystrybutora, ale też aktorów, mogą ostatecznie nie znaleźć satysfakcjonującego wspólnego mianownika, czego boleśnie doświadczyliśmy przy okazji Spectre.

Niewiadomą pozostaje czas trwania filmu. Pierwsze plotki sugerowały, że Nie czas umierać może dobić pod tym względem do trzech godzin, choć ostatecznie wszystko wskazuje na to, że film potrwa 165 minut, wliczając w to napisy końcowe. O tym, że jest to kluczowy aspekt każdej produkcji filmowej nie trzeba nikogo przekonywać. W tym przypadku, jak się okazuje, twórcy sami nałożyli na siebie ograniczenie, decydując się na kręcenie filmu na taśmie IMAX 70 mm. Ze względów technologicznych (talerz taśmy, na którym nagrany jest dwuipółgodzinny film, waży 250 kg!) wspomniane (mniej więcej) 165 minut to wszystko, czym dysponują filmowcy. Dłuższego filmu w tej technologii w kinie wyświetlić się po prostu nie da.

Oczywiście to nie jest tak, że dłuższy film jest gwarancją jakości, a krótszy z definicji jest zły. Zasadą jednak jest, że film powinien trwać tyle, ile trzeba. To znaczy, że narzucanie na siebie tego rodzaju sztucznych ograniczeń zawsze wiąże twórcom ręce. W tym konkretnym przypadku Nie czas umierać długi być musi, jeśli wziąć pod uwagę mnogość wątków do poprowadzenia, liczbę postaci do rozpisania, a w szczególności nowych, którym trzeba zapewnić właściwą ekspozycję tak, by nie sprawiały wrażenia “papierowych”. Scenarzyści pozornie tylko mieli ułatwione zadanie, wszak część bohaterów poznaliśmy już przy okazji wcześniejszych części serii. Trzeba ich jednak umiejscowić w nowym kontekście.

Ale i tak, w filmie będziemy świadkami rozpadu związku Bonda i Madeleine Swann, a następnie wątek ten będzie w jakiś sposób wkomponowany w główną oś fabularną, czyli powstrzymanie złowieszczych planów Safina (Rami Malek) – jakie by one nie były. W Nie czas umierać scenarzyści muszą rozpisać aż dwóch antagonistów, do tego pomniejszych siepaczy organizacji SPECTRE. Ważną bohaterką (z kilku względów) będzie Nomi (Lashana Lynch), której historia będzie musiała być, choćby skrótowo, opowiedziana. Postać Palomy (Ana de Armas) została specjalnie napisana dla aktorki przez Fukunagę i, choć wszystko wskazuje na to, że na ekranie zagości raptem przez parę minut, to te parę minut będzie się skupiało głównie na niej. A przecież swój czas otrzymają i M, i Moneypenny, i Q, i Felix Leiter.

Pamiętajmy, że nieodłącznym elementem każdego filmu są tak zwane ujęcia wprowadzające, opisujące kontekst sceny – lokalizacje, relacje, czy czas akcji. Do tego dochodzą budujące nastrój czy “plastyczność” filmu ujęcia, w których zdjęciowcy popisują się swoim artyzmem. To są konkretne minuty, których w ostatecznym rozrachunku może brakować. Nie zapominajmy bowiem, że film musi mieć stosowne tempo, sceny powinny wybrzmieć z odpowiednią mocą, a ingerencja montażysty, desperacko próbującego zmieścić się w narzuconym z góry i nieprzekraczalnym czasie trwania, może sprawić, że najlepszy nawet punkt wyjścia ostatecznie na ekranie będzie sprawiał wrażenie chaotycznego. Widz niechybnie wyczuje każdą nutę montażowego fałszu. Istnieje bowiem coś takiego jak “montaż idealny”, a każde kolejne cięcie już tylko film psuje.


Daniel Craig (James Bond) i Jeffrey Wright (Felix Leiter)

Wreszcie, Cary Fukunaga. To, że reżyserem jest nieprzeciętnym udowodnił zwłaszcza wspomnianym wcześniej pierwszym sezonem Detektywa. Niemniej, praca nad kameralnym dramatem telewizyjnym, a wystawnym, wysokobudżetowym widowiskiem, w którym trzeba zapanować nad liczoną w setkach ekipą, to dwa różne światy. Amerykanin nie ma żadnego doświadczenia w tego typu produkcjach. Nie wiemy jak radzi sobie z wykorzystaniem efektów specjalnych, jak pokieruje scenami akcji – a przecież na tym ostatnim elemencie poległ nawet Sam Mendes, kręcąc przy okazji Spectre prawdopodobnie najnudniejszy i najmniej emocjonujący pościg samochodowy w historii kina.

* * *

Czasem sukces rodzi się w bólach. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie z Nie czas umierać, a Daniel Craig zakończy swoją erę w naprawdę wielkim stylu. W zalewie wielkich filmowych serii, które rokrocznie trafiają na afisze kin, tego właśnie cykl o Jamesie Bondzie obecnie naprawdę potrzebuje – spektakularnego sukcesu, dzięki któremu znów będzie na ustach wszystkich. Czy tak się stanie, przekonamy się już za nieco ponad miesiąc.

 
 
> data publikacji 01.03.2020 © MI-6 HQ
 
 

 
  bond 50