dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf24
24
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA KSIĄŻKI
 
  NEVER SEND FLOWERS
 
Tytuł oryginalny:   Never Send Flowers
Autor:   John Gardner
Wydawca:   G. P. Putnam’s Sons 1993
Ilość stron:   286
Cena:   $18,95

 


W Watykanie zostaje zamordowany generał Claudio Carrousso, wybitny dowódca wojskowy, bohater wojny w Zatoce Perskiej. Generał Carrousso stał się pierwszą ofiarą serii zamachów, które w przeciągu tygodnia miały miejsce na całym świecie. Kolejnymi zostały: Archie Shaw, członek brytyjskiego parlamentu; mieszkający w Paryżu rosyjski pisarz i dysydent, Paweł Gruskoczew oraz zastępca dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej, Mark Fish. Jednak dopiero morderstwo funkcjonariusza MI5, Laury March, powoduje, iż do rozwikłania zagadki jej śmierci zostaje zaangażowany James Bond. Morderstwo to bowiem ma miejsce na terytorium Szwajcarii i tamtejszy rząd nie zgadza się na udział w śledztwie przedstawicieli brytyjskiej służby bezpieczeństwa. Ta więc, chcąc nie chcąc, jest zmuszona zwrócić się z prośbą o pomoc do SIS. Bond, wraz ze swoją odpowiedniczką ze szwajcarskiego wywiadu – dawnego Departamentu Obrony 27 – Fraulein Fredericką von Grüsse, wpada na trop intrygi, w której stawką będzie życie księżnej Diany oraz jej dzieci – książąt Williama i Harry’ego...
Niezwykle ciężko jest jednoznacznie ocenić „Never Send Flowers”. Ma ona bez wątpienia wiele plusów, jednak nie jest pozbawiona wad, przez co nie sposób bezwarunkowo uznać ją za udaną. Ale po kolei.
Bez wątpienia należy docenić Gardnera za sam pomysł – Bond tym razem musi powstrzymać seryjnego mordercę, celującego w znane postacie życia publicznego. Taka koncepcja niosła za sobą ogromny potencjał, który jednak tylko częściowo został wykorzystany. Kapitalny jest sam początek. Opis poszczególnych morderstw jest niezwykle emocjonujący i jednocześnie bardzo, z braku lepszego określenia, filmowy – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Później książka utrzymuje dobre tempo choć, paradoksalnie, nie jest to powieść akcji. John Gardner ma tę niezwykłą umiejętność, za którą ja osobiście bardzo go cenię, że doskonale potrafi opisywać nawet najbardziej przyziemne sceny. Dzięki temu wielokrotnie mamy możliwość poznania 007 od jego zwykłej, ludzkiej strony. Nie inaczej jest w tym przypadku. Poniekąd jest to spowodowane również tym, że na swojej drodze Bond spotyka kobietę, która – jak się okaże w kolejnej powieści – stanie się poniekąd jego stałą życiową partnerką. Flicka von Grüsse jest z całą pewnością kobietą silną, pewną siebie, jednak nie pozbawioną wad, co jednak tylko dodaje jej uroku. Staje się bowiem dzięki temu prawdziwie postacią z krwi i kości. A to przecież nie zawsze w przeszłości było regułą w przypadku partnerek Bonda. Zresztą ich związek również ewoluuje od namiętności po głębsze uczucie w sposób naturalny, niewymuszony.
Szkoda tylko, że inne elementy powieści nie dorównują temu.
Jednym z najważniejszych elementów każdej powieści o Bondzie jest jego przeciwnik. Tym razem jednak wydaje się być on mocno niedopracowany. I to nie tylko ze względu na tradycyjny dla Gardnera zwrot akcji na koniec powieści. Wydaje się bowiem, iż całość jej jest, cóż, nie do końca przemyślana. David Dragonpol, wybitny brytyjski aktor i, jak się okazuje, niedoszły mąż Laury March, jest interesującą postacią, jednak jedynie w przytaczanym przez pisarza dossier. Motywacje jego działań zostały bowiem, co najwyżej, powierzchownie opisane. Nie wiem dlaczego Gardner sięgnął po motyw seryjnego mordercy (może miało to jakiś związek ze święcącym wówczas triumfy filmem „Milczenie Owiec”?). Zresztą, sam ten pomysł jest niezwykle interesujący, ale... No właśnie. Musi on być precyzyjnie poprowadzony i podparty rzetelną analizą, aby mógł być wiarygodny. Tu natomiast profil psychologiczny mordercy, sporządzony rzekomo przez FBI (a przecież w skład Biura wchodzi BSU, najlepsza na świecie jednostka zajmująca się problematyką seryjnych morderców) jest tak powierzchowny i banalny, że bardziej śmieszy niż intryguje. A to jest błąd, który niełatwo usprawiedliwić. Zupełnie jakby Gardnerowi nie zależało na dopracowaniu powieści.
Dla odmiany, finałowa konfrontacja w podparyskim EuroDisney jest rewelacyjnie napisana i trzymająca w napięciu.
Czytając powieść nie mogłem jednak darować Gardnerowi jednej rzeczy. Otóż, kiedy Fredericka von Grüsse zostaje wydalona ze szwajcarskiego wywiadu, M bez wahania proponuje jej wstąpienie do służby w SIS... Jest rzeczą tak nieprawdopodobną, żeby jakakolwiek szanująca się służba specjalna przyjęła w swoje szeregi obcokrajowca, i na dodatek byłego funkcjonariusza służby swego macierzystego kraju (nawet tzw. zaprzyjaźnionego – choć jak wiadomo Szwajcarię trudno uznać za kraj sojuszniczy), że jest to wręcz śmieszne. A przecież Gardnerowi nieznajomości tematyki wywiadowczej zarzucić nie sposób. Rozumiem, że zdecydował się na ten krok, aby móc wrócić do tej postaci w kolejnej powieści, jednak chyba mógł popracować nad innym, bardziej wiarygodnym rozwiązaniem.
Tak więc „Never Send Flowers” nie należy do najbadziej udanych powieści Johna Gardnera. Dobre, wręcz świetne pomysły i rozwiązania mieszają się ze słabymi, a czasem wręcz złymi. Choć czyta się ją wcale nieźle, to momentami odnosi się wrażenie, że autor nie przyłożył się do jej pisania tak, jak czynił to nie raz w przeszłości. Na szczęście nie jest to stała tendecja, czemu da wyraz w kolejnej, kapitalnej powieści, „Seafire”. Z tego powodu warto również przeczytać „Never Send Flowers”. Rozpoczyna ona wątki, które zostaną rozwinięte później. Jednak pewne, jakże ważne zmiany – nie tylko dotyczące samego Jamesa Bonda – zostają zasygnalizowane już teraz...

     
 
 
  James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.  
  bond 50