dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf24
24
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA KSIĄŻKI
 
  FOREVER AND A DAY
 

 

 

Tytuł: Forever and a Day
Autor: Anthony Horowitz
Wydawca: Jonathan Cape, 2018
 
 
autor recenzji: Marcin Tadera
data publikacji: 12.07.2018


   
 


“A zatem, 007 nie żyje.”

Czy można z większym przytupem otworzyć powieść o Jamesie Bondzie? Horowitz najwyraźniej wsłuchał się w radę Alfreda Hitchcocka i drugą po Cyngiel śmierci (2015) książkę bondowskiego kanonu postanowił rozpocząć od trzęsienia ziemi. Oczywiście, jak się szybko okazuje, 007 wprawdzie zginął na służbie, ale James Bond, agent Secret Service, żyje. I wkrótce ma zostać awansowany do sekcji “00”, przejmując kryptonim po zmarłym koledze.

Forever and a Day jest bowiem prequelem Casino Royale. Bonda poznajemy, kiedy wykonuje drugie z zabójstw o których w swej pierwszej powieści wspomina Fleming, a którym ostatecznie zapracował sobie na licencję na zabijanie. Oto w Sztokholmie musi on zlikwidować niejakiego Rolfa Larsena, zdrajcę i podwójnego agenta, który podczas wojny kolaborował z Niemcami. Jednak właściwa fabuła zaczyna się później, kiedy Bond podejmuje przerwane przez śmierć agenta 007 śledztwo, które zaprowadzi go do narkotykowego półświatka Lazurowego Wybrzeża, gdzie krzyżują się interesy korsykańskiej mafii, wielkiego biznesu i służb specjalnych.

Nie ma co owijać w bawełnę; fabułę Forever and a Day można określić mianem solidnej, ale odkrywczej, czy zaskakującej - absolutnie nie. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wielu współczesnych autorów thrillerów czy powieści kryminalnych często w swoich utworach ucieka się do przesadzonych zabiegów fabularnych, by za wszelką cenę czytelnika zaskoczyć, czy zaszokować, często ze szkodą dla samej fabuły. Ta w najnowszej powieści Horowitza jest na wskroś klasyczna, choć autor raz czy dwa sięga po rozwiązania typu deus ex machina (co zwykle razi sztucznością), czy nagły zwrot akcji, który w tym przypadku jest niesamowicie przewidywalny (i, po prawdzie, większym zaskoczeniem byłoby, gdyby pisarz na takie rozwiązanie się nie zdecydował).

Dla porządku odnotujmy, że podobnie jak w przypadku Cyngla śmierci, także i w Forever and a Day Horowitz sięgnął po niewykorzystany przez Fleminga materiał przygotowany w latach pięćdziesiątych na potrzeby serialu telewizyjnego, który nigdy nie wszedł w fazę produkcji. Na szczęście tym razem pisarz nie zdecydował się tego wątku fabularnie obudować, co ostatnio udało się średnio, a jedynie luźno nawiązał do niego w jednym z rozdziałów, który dzięki takiemu zabiegowi funkcjonuje niemal jako oddzielne opowiadanie wewnątrz powieści, dając tym samym dość ciekawy efekt.

Trzeba jednak oddać Horowitzowi sprawiedliwość; kilka rzeczy udało mu się znakomicie, dzięki czemu Forever and a Day z powodzeniem może stanąć w szranki z najlepszymi pozycjami serii! Przede wszystkim, tempo narracji jest doskonałe. Z całą pewnością nie jest to powieść akcji, choć oczywiście kilka tego rodzaju scen się znalazło. Nawet przez chwilę nie ma się jednak wrażenia, że rozwój fabuły jest pretekstem do zaserwowania czytelnikowi kolejnych pościgów, czy strzelanin.

Po drugie, Horowitzowi udało się uchwycić niepowtarzalny, nieco idylliczny klimat Lazurowego Wybrzeża. Pisarz świetnie operuje opisami, które nie przytłaczają, ale kapitalnie oddają ducha obrazowanych miejsc. Forever and a Day jest przy tym powieścią niesamowicie nastrojową. Jest w niej jedna, szczególnie udana, scena, w której Bond spędza noc w domu partnerującej mu kobiety, Madame 16, oddając się rozmowom, rozkoszując się jedzeniem, szampanem, brzmieniem głosu Édith Piaf oraz, a jakże by inaczej – sobą nawzajem. Dwa poświęcone temu rozdziały są narracyjnym mistrzostwem; nieomal ma się wrażenie towarzyszenia bohaterom, kiedy siedząc w ogrodzie, kosztując grillowaną rybę i ser na świeżo wypieczonym chlebie, sącząc Dom Pérignon wsłuchują się w śpiew cykad.

W przeciwieństwie do swego debiutu w świecie literackiego Bonda, tym razem Horowitz nakreślił pełnych życia bohaterów. O ile jeszcze główni antagoniści, Jean-Paul Scipio i Irwin Wolfe, są co najwyżej interesujący – motywy napędzające działania tego drugiego przekonują, choć obmyślony przez niego plan jest dość naiwny, o tyle we wspomnianą wcześniej Sixtine tchnął osobowość, która z miejsca uczyniła ją jedną z najbardziej niezapomnianych partnerek 007. Jest ona postacią w gruncie rzeczy tragiczną, o poruszającej przeszłości. Jej romans z Bondem jest nie tylko wiarygodnie poprowadzony, ale też naprawdę emocjonujący. Kto wie, czy to nie najlepszy wątek romantyczny od czasów flemingowskiego W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości? Brawa!

Warto też pochwalić Horowitza za dwie intrygujące sceny; tortur, pomysłowość których budzi uznanie oraz odurzenia Bonda heroiną – i jego reakcję na narkotyk. Szczegóły w tym miejscu najlepiej przemilczeć, aby nie psuć przyjemności, ale obie te sceny są czymś naprawdę świeżym.

Mając w pamięci mieszane uczucia, jakie towarzyszyły mi przy lekturze Cyngla śmierci, po Forever and a Day sięgałem z dość dużą ostrożnością. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej zatapiałem się w świecie wykreowanym przez Horowitza. Nie jest to powieść szczególnie odkrywcza. Ba! Pod wieloma względami jej forma jest wręcz klasyczna. Horowitz nie próbuje na nowo wymyślać prochu. Na szczęście jednak nie próbuje też na siłę naśladować Fleminga, zwłaszcza w warstwie narracyjnej, choć oczywiście nad całością unosi się jego duch. Czasem są to detale, czasem – pewne elementy, bez których trudno wyobrazić sobie powieść o agencie 007.

Koniec końców Forever and a Day śmiało można uznać za zdecydowanie najlepszą powieść ostatniej dekady (mam tu rzecz jasna na myśli główny literacki kanon), jeśli nie jedną z najlepszych napisanych po śmierci Iana Fleminga.

Czapki z głów, panie Horowitz! Z niecierpliwością czekamy na kolejną część.

     
   
 

 

 
 
> data publikacji 12.07.2018 © MI-6 HQ
 
 

 
  bond 50