dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf24
24
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA KSIĄŻKI
 
  DEVIL MAY CARE // PIEKŁO POCZEKA
 
Tytuł oryginalny:   Devil May Care
Tytuł polski:   Piekło poczeka
Autor:   Sebastian Faulks
Tłumaczenie:   Robert Ginalski
Wydawca:   Penguin 2008
Wydawca polski:   Świat Książki 2008
Ilość stron:   280
Cena:   ok. 30 zł

 


W Paryżu zostaje zamordowany członek algierskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego – sprawą interesują się francuskie służby specjalne. Na Bliskim Wschodzie w tajemniczych okolicznościach z radarów znika, należący do linii lotniczych Gulf Air z Bahrajnu, samolot pasażerski vickers VC-10. Tymczasem James Bond zostaje w pilnym trybie wezwany do Londynu, przerywając w ten sposób przymusowy, trzymiesięczny urlop, do jakiego został zmuszony przez M. Okazuje się bowiem, iż brytyjski rząd jest coraz bardziej zaniepokojony wzrastającą w kraju plagą narkomanii i związanym z nią procederem nielegalnego handlu narkotykami. SIS podejrzewa, że za tym stanem rzeczy może stać potentat branży farmaceutycznej, doktor Julius Gorner. Bond otrzymuje zadanie odnalezienia Gornera i ustalenia, czy podejrzenia kierowane pod jego adresem są uzasadnione...
Wydane w maju 2008 roku dla uczczenia setnej rocznicy urodzin Iana Flemina „Piekło poczeka” jest pierwszą powieścią poświęconą 007 autorstwa poczytnego brytyjskiego pisarza, Sebastiana Faulksa. Jednocześnie jest to pierwsza powieść o Bondzie od wydanego w 2002 roku „The Man With The Red Tatoo” Raymonda Bensona. Jak łatwo się domyślić, premiera książki była sporym wydarzeniem medialnym, umiejętnie zresztą podsycanym przez wydawcę. I tak też kobiecą sylwetkę wykorzystaną na okładce użyczyła modelka, Tuuli Shipster, zaś sama książka doczekała się nawet piosenki przewodniej! Z marketingowego punktu widzenia był to oczywiście strzał w dziesiątkę. Czy jednak to samo można powiedzieć o samej powieści?
Otóż nie.
Osobiście jestem przeciwnikiem ciągłego porównywania kolejnych pisarzy mierzących się z niełatwym przecież zadaniem kontynuwania literackiej serii o Bondzie z jej twórcą, Ianem Flemingiem. Tego typu porównania bywają bowiem często krzywdzące, niesprawiedliwe i zwyczajnie bezcelowe. Żaden z pisarzy, który podjął się tego zadania, nie starał się mierzyć z Flemingiem. Każdy z nich miał swoją własną wizję, którą konsekwentnie starał się realizować. W tym przypadku sprawa wygląda nieco inaczej. Kuriozalna jest już sama okładka, gdzie napis „Sebastian Faulks jako Ian Fleming” wywołuje raczej zdziwienie i rozbawienie. Sam Faulks przyznał że, wzorem Fleminga, powieść napisał w sześć tygodni. W jakim celu?
Autor „Piekło poczeka” jest cenionym pisarzem, zaś jego „Birdsong” uważana jest przez wielu za powieść wybitną. Czytając „Devil May Care” jednak trudno mi było w to uwierzyć. Owszem, jednej rzeczy nie można Faulksowi odmówić – jego styl, umiejętność operowania słowem jest naprawdę ponadprzeciętny. Narracja i opisy stoją na bardzo wysokim poziomie. Ale jest to jedyny element książki o którym się można w ten sposób wyrazić. Cała reszta jest, w najlepszym razie, rozczarowująca. Ale po kolei.
Jeśli miałbym wskazać najsłabszy element powieści, to ex aequo byłyby to: fabuła i postaci. To niewiarygodne, jak mogła powstać książka tak banalna w swojej treści, tak nieprawdopodobnie wtórna, nielogiczna i w wielu miejscach zwyczajnie nonsensowna. „Piekło poczeka” jest w zasadzie zlepkiem klisz z poszczególnych dzieł Fleminga – nie ma w niej nawet odrobiny oryginalności, przez co jest przewidywalna do bólu. A co za tym idzie, pozostawia czytelnika obojętnym. Zupełnie jakby Faulks za punkt honoru przyjął umieszczenie w niej jak największej ilości odwołań do oryginalnej serii. Co samo w sobie zresztą może byłoby całkiem miłym akcentem. Problem jednak polega na tym, w jaki sposób chciał tego dokonać...
Główny przeciwnik Bonda, doktor Julius Gorner, jest w zasadzie odzwierciedleniem Hugo Draxa z „Moonrakera”. A przynajmniej tak się wydaje przez większą część książki. Jednak Faulks, za wszelką cenę pragnąc nam zafundować końcowy zwrot akcji, całkowicie pozbawił tę, i tak już mało oryginalną postać, jakiejkolwiek osobowości. Koniec końców, nie znamy tak naprawdę przeszłości Gornera, motywacji jego działania, źródła niechęci do Wielkiej Brytanii (o ile w ogóle taką niechęć kiedykolwiek żywił). Nawet zważając na trudne czasy w których umiejscowiona jest akcja powieści (o czym później), plan wplątania Wielkiej Brytanii w wojnę ze Związkiem Radzieckim jest tak naiwny, że zacząłem się zastanawiać, czy Faulks większego idiotę chciał zrobić z Gornera, czy czytelnika, każąc mu wierzyć, że miałby on jakiekolwiek szanse powodzenia. Pozwólcie, że wyjaśnię, co mam na myśli. Otóż jednym z głownych elementów planu Gornera jest zbombardowanie radzieckiej bazy nuklearnej Zlatoust-36, zlokalizowanej w pobliżu miasta Triechgornij i upozorowanie, iż za tym atakiem stoją Brytyjczycy. Za sterami samolotu ma zasiąść James Bond. Oczywiście, Gorner ma w odwodzie pilota uprowadzonego wcześniej samolotu, jednak – jak wyjaśnia Faulks – „nie ryzykowałby wysłania do ataku na Związek Radziecki kogoś nieznanego”. Gorner faktycznie wierzy, że 007 – wiedziąc, że jest to misja samobójcza – rzeczywiście wykona jego zamysł tylko dlatego, iż na pokładzie samolotu będą ludzie, którzy otrzymali rozkaz zabicia go w razie nieprzewidzianych wydarzeń (sic!). Ale to dopiero początek. Bond jest najwyraźniej niezbędny Gornerowi do realizacji jego planu („pomoże mi pan przeprowadzić jedną z najbardziej zuchwałych interwencji wojskowych ostatniego stulecia”) pomimo tego, iż sam plan musiał powstać na długo zanim brytyjski wywiad w ogóle zaczął się nim interesować! Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Gorner, zamiast zabić schwytanego funkcjonariusza służb specjalnych, zachowuje go przy życiu i – niewymuszenie – wtajemnicza go w swe plany. Naturalnie, jest to o wiele łatwiejsze rozwiązanie, niż skonstruowanie intrygi w ten sposób, aby ona sama stopniowo układała się w jedną całość tak przed Bondem, jak i przed czytelnikiem. No, ale to wymagałoby odrobiny wyobraźni, chęci, wysiłku...
Kolejnym elementem nieodzownie związanym z serią są kobiety. W „Piekło poczeka” partnerką 007 jest niejaka Scarlet Papava, przedstawiająca się jako pracownik banku, w reczywistości – wybaczcie, że zdradzę zakończenie – funkcjonariusz SIS. I to sekcji 00! Ale o tym dowiadujemy się dopiero w ostatnim rozdziale, który w zamyśle Faulksa miał stanowić ciekawy zwrot akcji, w praktyce odarł książkę z resztek logiki i sensu, tym samym sprowadzając ją do poziomu dna. Przy tej okazji dowiadujemy się bowiem, iż przeszłość Gornera – wtórna bo wtórna – ale była jedynie wytworem wyobraźni panny Papava, która w rzeczywistości miała nakłonić Bonda do współpracy! Tak. W ten oto sposób czarny charakter powieści oficjalnie został pozbawiony jakiejkolwiek osobowości pomimo, iż wcześniej zarówno jego działania, jak i słowa, nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności były zbieżne z historią wymyśloną przez Scarlet (wytłumaczeniem jest, oczywiście, szczęście...). Do dziś nie mogę zrozumieć po coż to wszystko było? Jaki sens w tym wszystkim widział Faulks?
Reszta postaci, na szczęście, jest nieco ciekawsza. Ale i to głównie dlatego, że pojawiają się bohaterowie wykreowani przez Fleminga – Felix Leiter i Rene Mathis. Żeby oddać książce sprawiedliwość, udaną postacią jest szef placówki SIS w Teheranie, Darius Alizadeh i to nawet pomimo tego, że jest on w zasadzie lustrzanym odbiciem Kerima Beya z flemingowskego „From Russia With Love”. Z drugiej strony, agent CIA w Iranie, J.D. Silver, jest postacią tak płaską i jednowymiarową, że aż trudno uwierzyć, że mógł on się pojawić w powieści tej klasy pisarza. Paradoksalnie jedynym bohaterem posiadającym ciekawą i oryginalną osobowość jest Chagrin, klasyczny henchman. Wspomniana już wcześniej Scarlet w zasadzie nie wybija się ani odrobine powyżej poziomu Gornera, a to i tak tylko do momentu, w którym dowiadujemy się, że w rzeczywistości jest agentką MI6. Powtórzę to jeszcze raz – nigdy nie przypuszczałbym, że wydawca mógłby zdecydować się na opublikowanie powieści z tak fatalnie nakreślonymi postaciami.
Kolejnym problemem powieści, choć tu pewnie zdania będą podzielone, jest umiejscowienie akcji w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, czyli bezpośrednio po wydarzeniach z „Człowieka ze złotym pistoletem”. Konsekwencją tego jest odrzucenie całego dorobku literackich następców Fleminga – Kingsley’a Amisa, Johna Gardnera i Raymonda Bensona. Wielka szkoda. Co gorsza, Faulks nie mógł oprzeć się pokusie i co rusz mruga do czytelnika okiem („Aresztowali tych grajków pop za posiadanie narkotyków [...]. Jak im tam, The Rolling Stones?”), jasno dając do zrozumienia, iż pisze powieść z perspektywy czterdziestu lat. Niektórym może to przypaść do gustu, jednak dla mnie zabieg ten tylko wzmagał poczucie swego rodzaju nienaturalności narracji.
Rekapitulując, „Piekło poczeka” jest zwyczajnie słabą książką. Powiem więcej – ze wszystkich powieści napisanych po śmierci Fleminga, ta jest zdecydowanie najgorsza. I naprawdę trudno byłoby mi wskazać jakikolwiek jej pozytyw – może poza jednym. Dobrze, że w ogóle powstała. Ostatnimi laty bowiem Ian Fleming Publications nie rozpieszcza fanów literackiego Bonda. Jeśli jednak macie taką możliwość, przeczytajcie którąś z wcześniejszych kontynuacji. Bez względu na to jaką wybierzecie, uchroni was to od poczucia straconego czasu, jakie niechybnie ogarnie was podczas czytania „Devil May Care”. Jeśli takiej możliwości nie macie, sięgnijcie znów po Fleminga. Dobrze radzę...

     
 
 
  James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.  
  bond 50