dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf24
24
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA KSIĄŻKI
 
  TRIGGER MORTIS // CYNGIEL ŚMIERCI
 
  Tytuł:   Cyngiel Śmierci
(Trigger Mortis)
  Autor:   Anthony Horowitz
  Wydawca:   Orion Publishing Group, 2015
  Polski wydawca:   Dom wydawniczy
"Rebis", 2015
  Przekład:   Maciej Szymański

 


Kiedy James Bond zasiada za kierownicą sportowego maserati 250F, by wziąć udział w niezwykle wymagającym, rozgrywanym na torze Nürburgring w Niemczech Zachodnich wyścigu Grand Prix, nie zdaje sobie sprawy, że jego stawką będzie nie tylko życie brytyjskiego bohatera narodowego i legendy sportów samochodowych, na które dybie odwieczny adwersarz Bonda – złowieszcza organizacja SMERSZ, ale też przyszłość amerykańskiego programu kosmicznego.

„Trigger Mortis” to czwarta odsłona osobliwego projektu Ian Fleming Publications, w ramach którego każda kolejna powieść o przygodach Jamesa Bonda jest autorstwa innego pisarza. Tym razem wybór padł na Anthony'ego Horowitza, najlepiej znanego z serii powieściowych adresowanych do młodszego czytelnika oraz kontynuacji opowieści o Sherlocku Holmesie. Horowitza z całą pewnością trudno postawić w jednym szeregu z tak uznanymi pisarzami, jak Sebastian Faulks, Jeffery Deaver czy William Boyd, którzy w nieodległej przeszłości również mieli okazję wejść w przysłowiowe buty Iana Fleminga. Efekty ich pracy były jednak, z małymi wyjątkami, rozczarowujące. Postawiono zatem na doświadczonego wprawdzie, ale jednak literackiego rzemieślnika, który miał stworzyć powieść na wskroś klasyczną – będącą bezpretensjonalnym powrotem do źródeł. Dodatkowym smaczkiem „Trigger Mortis” miało być wykorzystanie materiałów pozostawionych przez samego Fleminga, który w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku opracował zarys kilku odcinków do serialu telewizyjnego o przygodach Jamesa Bonda. Projekt ten nigdy nie wszedł w fazę realizacji. Część pomysłów Fleming wykorzystał później w zbiorach opowiadań „Tylko dla twoich oczu” oraz „Ośmiorniczka”. Pięć z nich nigdy jednak nie ujrzało światła dziennego, w tym szkic scenariusza zatytułowany „Murder on Wheels”, który posłużył Horowitzowi za punkt wyjścia i który nadspodziewanie sprawnie w „Trigger Mortis” wykorzystał. Wszystko wskazywało na to, że tym razem wreszcie doczekamy się powieści na miarę oczekiwań.
Tak się nie stało.

„Trigger Mortis” tak strukturalnie, jak i stylistycznie nawiązuje do utworów Fleminga. Horowitz zadał sobie również wiele trudu, by jak najlepiej odwzorować charakterystyczną dla twórcy postaci Bonda narrację, w której niebagatelną rolę odgrywają barwne opisy, ale też liczne wtrącenia, będące wyrazem wewnętrznych monologów bohatera. Dzięki temu powieść, mimo wszystkich wad, czyta się całkiem nieźle.
Problemy zaczynają się jednak, jeśli chcieć „Trigger Mortis” zdefiniować gatunkowo. Nie jest to powieść szpiegowska – wywiadowcze gry nie stanowią o sile utworu pomimo, iż w pierwszym akcie takowe są prowadzone. Wówczas to montowana jest operacja mająca na celu powstrzymanie zbrodniczych (choć nieco absurdalnych) planów SMERSZ-u. To jednak zdecydowanie za mało. Ostatecznie bowiem okazuje się, że wątek ten ma dla fabuły znaczenie marginalne i tkwiący w nim potencjał nie zostaje należycie wykorzystany.
Powieść w zamierzeniach ma zapewne być thrillerem, jednak Horowitz dość nieporadnie buduje napięcie, które w gatunek ten wpisane jest niejako z definicji. Historia jest nieznośnie przewidywalna, a punkt kulminacyjny w żadnym razie nie zaskakuje. Owszem, Bond kilkukrotnie znajdzie się w poważnym niebezpieczeństwie, jednak ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że zagrożenie jest rzeczywiste i namacalne. I to jest bodaj największa wada „Trigger Mortis”.
Co gorsza, fabuła w pewnym momencie zatraca sens. Horowitz wprawdzie usilnie stara się czytelnikowi wytłumaczyć pobudki, jakimi w swoich działaniach kierują się poszczególni bohaterowie dramatu, jednak często (zbyt często!) można odnieść wrażenie, że umykają one elementarnej logice.
Dzieje się tak poniekąd dlatego, iż poszczególne wątki powieści nie do końca się ze sobą zazębiają, a niektóre wprowadzone zostały zupełnie niepotrzebnie – w szczególności kompletnie zbędne nawiązanie do „Goldfingera”. Akcja „Trigger Mortis rozgrywa się dwa tygodnie po wydarzeniach opisanych w tej powieści. O ile jeszcze zakończenie romansu z Pussy Galore jest nawet ciekawe – Horowitz na swój sposób „poprawia” Fleminga. Jak pamiętamy, Galore pod wpływem uroku Bonda zmienia orientację seksualną, co było zabiegiem fabularnym, przyznajmy, dość niefortunnym. Teraz dowiadujemy się, że było to jedynie chwilowe zauroczenie, które ostatecznie nie zmieniło natury Pussy. Przy tej okazji otrzymujemy też interesujący opis związku w jego schyłkowej fazie, ze wszystkimi tego konsekwencjami: znużeniem, irytacją, obojętnością dwojga kochanków. Bez wątpienia to jeden z najmocniejszych punktów „Trigger Mortis”. Niestety, Horowitz decyduje się na dopowiedzenie historii z „Goldfingera”, co jest pomysłem kompletnie chybionym – nie tylko sprawia wrażenie wymuszonego, ale też mało wiarygodnego. I zupełnie niepotrzebnego, w pewnym sensie wręcz zaburzającego tok narracji.
Z całą pewnością od autora powieści o Jamesie Bondzie znacznie więcej należy wymagać w kontekście kreowania intrygujących, pełnych życia bohaterów. O ile jeszcze w przypadku Sin Jai-Seonga Horowitz zadał sobie sporo trudu, by uwiarygodnić motywy popychające go do zbrodni, nawiązując do tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w czasie wojny koreańskiej w pobliżu wioski No Gun Ri, o tyle partnerka Bona, Jeopardy Lane, jest postacią kompletnie pozbawioną wyrazu. Nie wnosi do serii absolutnie niczego nowego. Pomyłkę w osobie kapitana Eugene'a T. Lawrence'a, oficera łącznikowego marynarki wojennej odpowiedzialnego za bezpieczeństwo testów rakietowych, którego ignorancja i arogancja została przerysowana do granic absurdu tylko po to, aby uzasadnić fabularne rozwiązania, najlepiej przemilczeć. Na szczęście Bond w „Trigger Mortis” został zaskakująco dobrze nakreślony. Horowitz sprawnie odwzorował jego charakter i osobowość właściwą dla powieści wczesnego okresu twórczości Fleminga.

„Trigger Mortis”, mimo wszystkich swoich wad, to i tak najlepsza powieść serii ostatniej dekady. Szkoda tylko, że w dużej mierze na miano to zasłużyła sobie słabością poprzedniczek. Horowitzowi należą się słowa uznania za próbę uchwycenia esencji powieściowego Bonda. Sztuka ta nie do końca się udała, jednak obrany kierunek był jak najbardziej właściwy.
„Trigger Mortis” ma zapewnić czytelnikowi kilka godzin rozrywki. Tylko tyle i aż tyle. I jeśli przymknąć oko na niedociągnięcia, na nieco ułomną fabułę i papierowe w swej konstrukcji postacie, faktycznie można się w trakcie lektury całkiem dobrze bawić. Dlatego też miejmy nadzieję, że Horowitz zostanie etatowym autorem serii, której nic tak w ostatnich latach nie zaszkodziło, jak wieczne zmiany, nieustanne poszukiwanie formuły i brak konsekwencji.

     
 
 
  > data publikacji 04.10.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50