dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  THE WORLD IS NOT ENOUGH // ŚWIAT TO ZA MAŁO
 


„Świat to za mało” z roku 1999 jest dziewiętnastą odsłoną serii, trzecią, w której w rolę Jamesa Bonda wcielił się Pierce Brosnan. Pod wieloma względami był to film wnoszący powiew świeżości do skostniałej już nieco serii, w której pewne schematy zdawały się być absolutnie niepodważalne.
Nietypowy jest już punkt wyjścia: Bond tym razem ochraniać musi niejaką Elektrę King, córkę i spadkobierczynię potentata naftowego, bliskiego przyjaciela M, która przed laty została uprowadzona dla okupu przez niejakiego Renarda. Dramatyczna historia Elektry stanowi podstawę wszystkich wydarzeń, wikłając Bonda w rozgrywkę, w której stawką jest życie kilku milionów ludzi. Brzmi banalnie? Nie tym razem. Brytyjski reżyser Michael Apted postawił na solidny, dobrze napisany scenariusz i pełnokrwiste postaci, co złożyło się na intrygujący efekt końcowy. Szczególne oklaski należą się twórcom filmu za postać antagonisty Bonda, który jest najbardziej złożonym czarnym charakterem w serii. Nigdy wcześniej, ale też nigdy później przeciwnikowi 007 (którym, wbrew obiegowej opinii, nie jest Renard, a Elektra King!) nie nadano tak wyraźnego charakteru, nie dopracowano motywów, które napędzają jego działania, ani też nie pogłębiono do tego stopnia jego psychiki. Zresztą, klasyczny dla bondowskich filmów podział ról: czarny charakter i jego pomocnik (henchman) krystalizuje się dopiero w drugie połowie seansu, stając się punktem zwrotnym fabuły i – uczciwie trzeba przyznać – najlepszym zwrotem akcji w serii. A już na pewno najbardziej zaskakującym. Renard sam w sobie jest niezwykle interesującą postacią – anarchizujący terrorysta, którego motywy wydają się być przez znaczną część filmu niejasne. Dopiero kiedy na jaw wychodzi specyficzna więź łącząca go z Elektrą, będąca niejako odwróconym efektem syndromu sztokholmskiego, całość nabiera sensu.
Do tego dochodzi fantastycznie poprowadzony wątek romansu Bonda i Elektry, najlepiej napisany od czasów „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. 007 nie potrafi oprzeć się wdziękom kobiety, którą miał przecież chronić, a która uwodzi go, osłabiając tym samym jego czujność, a następnie, niczym femme fatale, wykorzystuje w wyrachowany sposób jego zaangażowanie dla realizacji własnych celów.
Z całą pewnością należy docenić ponadprzeciętne aktorstwo. Zarówno Sophie Marceau jak i Robert Carlyle udowodnili, jak istotną rolę odgrywa właściwy dobór obsady. Osobne pochwały należą się Pierce'owi Brosnanowi, który filmem tym ostatecznie zdefiniował swą interpretację Jamesa Bonda – wyrafinowanego, charyzmatycznego, zdecydowanego w działaniach, który jednak nie lubuje się w zabijaniu z zimną krwią. Wreszcie Bonda, którego można zranić nie tylko fizycznie, czym zbliżył tę postać do literackiego pierwowzoru, przełamując utrwalony w zbiorowej świadomości wizerunek agenta 007 w wykonaniu późniejszego Connery'ego i Moore'a. „Świat to za mało” nie jest, oczywiście, pozbawiony wad. Słusznie filmowi zarzuca się niepotrzebne rozwleczenie scen akcji, w których realizacji Michael Apted najwyraźniej doświadczenia nie miał. Są one z całą pewnością efektowne, jednak głównie przez nie film momentami traci tempo, co szczególnie widać podczas początkowego pościgu po Tamizie, czy późniejszym szaleńczym zjeździe na nartach. Co ciekawe, scena rozgrywająca się w kazachskim silosie rakietowym skonstruowana jest idealnie i zdecydowanie trzyma w napięciu. Dzieje się tak dlatego, że od akcji ważniejsze w niej było przedstawienie pierwszej konfrontacji Bonda z Renardem, co dowodzi, że bardziej od popisów kaskaderskich, wybuchów i strzelanin, Apteda interesowało budowanie napięcia poprzez umiejętne wykorzystanie suspensu z jednej strony, jak również umiejętne wykorzystanie potencjału aktorskiego. Naturalnie, w to ostatnie nie wpisuje się Denise Richards, która wcieliła się w rolę fizyka jądrowego kontrolującego proces rozbrajania poradzieckiego arsenału nuklearnego. Jakkolwiek urocza, Richards niestety kompletnie pozbawiona jest jakiegokolwiek talentu aktorskiego, przez co w swojej roli wypadła, delikatnie mówiąc, mało wiarygodnie. Wreszcie, problematyczna jest sama końcówka – mało efektowna, a przede wszystkim, monotonna i nużąca. To jednak charakterystyczna cecha większości filmów serii. Poza tym „Świat to za mało” daje nam wszystko, czego można oczekiwać po bondowskiej produkcji: ciekawą intrygę, malownicze lokacje, piękne kobiety i wyraziste, dobrze napisane postacie. Film stanowi mieszankę dokładnie tych samych składników, z których składał się każdy wcześniejszy film serii, jednak Apted zmienił ich proporcje, przesuwając ciężar filmu w kierunku dramatu, czyli gatunku, w którym czuł się najlepiej. To właśnie elementy dramatyczne są jego najmocniejszą stroną, czego doskonałym przykładem może być scena, w której Bond zmuszony jest zabić Elektrę – kobietę, którą bez wątpienia darzył silnym uczuciem. Potem, nim chłodny profesjonalizm weźmie górę, pozwala sobie na subtelne uzewnętrznienie emocji. Scena ta jest jedną z najważniejszych i najlepszych w serii – niesamowicie emocjonująca, a jednocześnie autentycznie przejmująca.
Film został przyjęty z mieszanymi odczuciami, zarówno przez krytykę, jak i fanów. Naszym jednak zdaniem „Świat to za mało” zasłużył na uznanie, przede wszystkim, za udaną próbę przełamania schematów (naturalnie na miarę czasów, w których powstawał, nie dających się przyrównać do kierunku obranego w „Casino Royale”). Pomimo wad – bezapelacyjnie jedna z najlepszych części serii.


OCENA 5/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // OPIS POSTACI // DVD // PIERCE BROSNAN
 
 
  James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.  
  bond 50