dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  LICENCE TO KILL // LICENCE TO KILL
 


Zarówno artystyczny, jak i finansowy sukces „W obliczu śmierci” utwierdziły producentów bondowskiej serii w przekonaniu o zasadności obranej przez siebie drogi. Wraz z nastaniem ery Timothy'ego Daltona filmy o agencie 007 w znacznej mierze odeszły od tradycyjnej formuły właściwej dla późnego Seana Connery'ego i Rogera Moore'a – w miejsce nieustającej akcji, popisów kaskaderskich i efektownych (a nierzadko: efekciarskich) scen, większy nacisk położono na fabułę, postać Jamesa Bonda zbliżono do literackiego pierwowzoru. Zrezygnowano również z przesadzonych elementów humorystycznych, a przede wszystkim gadżetów, które stały się jedynie niewiele znaczącym dodatkiem, dzięki czemu 007 zmuszony był polegać na swoich umiejętnościach i sprycie, a nie coraz bardziej osobliwych i nierzadko absurdalnych wymysłach wydziału Q.

„Licencja na zabijanie” poszła o krok dalej. Choć film otwiera spektakularna, acz nie odbiegająca w szczególny sposób od schematów scena, w której Bond dość przypadkowo angażuje się w akcję zatrzymania południowoamerykańskiego barona narkotykowego, Franza Sancheza, przez amerykańską DEA. Operacją dowodzi najlepszy przyjaciel Bonda, Felix Leiter, który wkrótce przekona się z jak bezwzględnym i niebezpiecznym człowiekiem zadarł. W dniu własnego ślubu żona Leitera zostaje zamordowana, zaś on sam, brutalnie okaleczony, ledwo uchodzi z życiem.
Klimat filmu w tym momencie zmienia się diametralnie, a widz nie ma już żadnych wątpliwości, że ma do czynienia z jak najbardziej poważnym thrillerem, w którym na pierwszy plan w sposób zdecydowany wybija się motyw zemsty. To ona kierować będzie działaniami Bonda, który zrezygnuje ze służby i – pozbawiony tytułowej licencji na zabijanie – na własną rękę uknuje intrygę, której celem będzie zniszczenie narkotykowego imperium Sancheza.
Tak więc „Licencji na zabijanie” nijak nie można wpasować w konwencję, która przez wiele lat wydawała się być nienaruszalna. Choć tu i ówdzie pojawiają się charakterystyczne dla niej elementy, to całość jest stonowana, poważna i brutalna. Przemoc została ukazana zdecydowanie bardziej dosłownie, przez co filmowi nadano najwyższe w serii ograniczenie wiekowe.
Fabularnie film stoi na dość wysokim poziomie, choć opowiedzianej historii nie sposób określić mianem szczególnie złożonej, szczególnie w porównaniu do wielowątkowej, skomplikowanej opowieści snutej w „W obliczu śmierci” dwa lata wcześniej. Choć punkt wyjścia, czyli okrutne obejście się z Leiterem przez ludzi Sancheza, zaczerpnięty został z powieściowego „Żyj i pozwól umrzeć”, to inspiracją dla scenarzystów była przede wszystkim opowieść o tajemniczym samuraju z filmu „Straż przyboczna” Akiry Kurosawy. W „Licencji na zabijanie” Bond, podobnie jak rōnin Kuwabatake Sanjuro, rozgrywa swoich przeciwników nie w bezpośredniej konfrontacji a, wykorzystując ich słabe punkty, zasiewając ziarno zwątpienia i nieufności, które ostatecznie doprowadza do upadku adwersarzy. Za sam pomysł i konsekwentne jego poprowadzenie scenarzystom Richardowi Maibaumowi i Michaelowi G. Wilsonowi należą się brawa!
Aktorstwo w „Licencji na zabijanie” jest nierówne. Genialny jest Robert Davi, który bezbłędnie wciela się w rolę narkotykowego barona, częściowo wzorowanego na Manuelu Noriedze. Sanchez w jego interpretacji z całą pewnością może być uznany za jednego z najbardziej wyrazistych (aktorsko) antagonistów w serii. Benicio del Toro kapitalnie sportretował zdeprawowanego Dario. Niezły jest również Anthony Zerbe w roli Miltona Kresta (warto zauważyć, że postać ta pierwotnie pojawiła się w opowiadaniu Fleminga „Specjał Hildebranda”), a Wayne Newton w zasadzie jest klasą dla siebie (dosłownie – wszak ten zawodowy showman jest legendą Las Vegas). Szkoda, że specjaliści od castingu podobnym wyczuciem nie popisali się obsadzając główne role kobiece. Grę Carey Lowell można co najwyżej określić mianem przeciętnej, natomiast Talisia Soto jest zdecydowanie najsłabszym punktem obsady.
Pomimo zasadniczo niezłej konstrukcji scenariusza, niektóre rozwiązania fabularne w filmie są przynajmniej zastanawiające (dlaczego Bond w pewnym momencie musi uciekać przed ostrzałem ze strony kolegów ze służby?). Zastrzeżenia można mieć do pracy operatora. W „Licencji na zabijanie” dominują wąskie plany i zbliżenia, przez co film sprawia wrażenie przesadnie kameralnego. Z tego samego powodu nie udało się również w pełni wykorzystać piękna meksykańskich plenerów, wśród których rozgrywa się akcja. Także muzykę, skomponowaną przez Michaela Kamena trudno uznać za szczególnie zapadającą w pamięć. Jest dobra, nieźle współgra z obrazem, ale brakuje jej wyraźnych motywów przewodnich. Dla odmiany fantastyczna jest piosenka tytułowa.

„Licencja na zabijanie” nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań finansowych. Latem 1989 roku, musiała mierzyć się z takimi hitami jak „Zabójcza broń 2”, „Indiana Jones i ostatnia krucjata” czy pierwszy „Batman”. Z całą pewnością dla wyników kasowych nie bez znaczenia była również wyjątkowo skromna, wręcz symboliczna kampania marketingowa.
Kolejne lata upłynęły pod znakiem sądowych batalii o prawa do postaci filmowego Bonda, jak również kolejnych kłopotów finansowych wytwórni Metro-Goldwyn-Meyer. W 1994 roku Timothy Dalton nieoczekiwanie obwieścił, że rozstaje się z rolą 007. Możemy tylko żałować, że historia nie potoczyła się inaczej. Dalton bez wątpienia najtrafniej zinterpretował postać wykreowaną przez Iana Fleminga, a filmy z jego udziałem pierwszorzędnie oddały ducha powieści. Choć „Licencji na zabijanie” w panteonie serii umieścić nie można, to jednak, pomimo pewnych niedociągnięć, nadal jest to solidna, pełna niezaprzeczalnych zalet produkcja.


OCENA 4/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // RECENZJA KSIĄŻKI // DVD // TIMOTHY DALTON
 
 
  James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.  
  bond 50