dr nofrwlgftbyoltohmssdaflaldtnwtggtswlmmrfyeoocavtaktldltkgetndtwinedadcrqossf
2425
 

 
  NewsFAQE-Mail
   
RECENZJA FILMU
 
  A VIEW TO A KILL // ZABÓJCZY WIDOK
 


„Zabójczy widok” (1985) to czternasty film o przygodach Jamesa Bonda. O tyle wyjątkowy, że kończy erę Rogera Moore'a, który w rolę agenta 007 wcielał się siedmiokrotnie na przestrzeni dwunastu lat.
Na swój sposób film ten jest idealnym podsumowaniem ery Moore'a, ze wszystkim, co w niej najlepsze. Ale i najgorsze. I z tego powodu, podobnie jak cały ten okres, jest niezwykle trudny do jednoznacznej oceny.

Już sama sekwencja poprzedzająca napisy początkowe mogłaby posłużyć za wzorzec, który z powodzeniem mógłby zostać umieszczony w Sèvres z dopiskiem: „wszystkie bolączki bondowskiej serii przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych”. Po świetnej, emocjonującej scenie pościgu wśród syberyjskiej wiecznej zmarzliny, w pewnym momencie w tle słyszymy cover piosenki „California Girls” zespołu The Beach Boys. Cały potencjał dramatyczny zostaje momentalnie i bezpowrotnie zaprzepaszczony. Nazywając rzeczy po imieniu – scena ta, mająca w zamyśle być żartem, jest poniżej wszelkiej krytyki. Nie pierwszy to tego rodzaju przypadek w serii, ale bardzo symptomatyczny.
Później na szczęście jest już tylko lepiej, choć tu i ówdzie twórcy w swoim dziwacznym poczuciu humoru, które zdecydowanie bardziej pasowałoby do slapstickowej komedii, niż do szpiegowskiego thrillera, zapędzają się zbyt daleko. W filmie jest kilka scen, które ewidentnie zostały zbudowane wokół gagów i które służą wyłącznie temu celowi – z niemal równie nonsensownym pościgiem po ulicach San Francisco na czele. Szkoda, bowiem są również w „Zabójczym widoku” grepsy stojące na znacznie wyższym poziomie, jak na przykład autentycznie zabawne docinki, jakimi udający bogacza Bond raczy swego kolegę po fachu, Sir Godfrey'a Tibbetta (tu ukłon zarówno w stronę Moore'a, jak i Patricka Macnee, między którymi na ekranie wytworzyła się autentyczna chemia).

Trudności w ocenie „Zabójczego widoku” wynikają przede wszystkim ze świadomości, że gdyby zasiadający po raz trzeci na fotelu reżysera John Glenn inaczej rozłożył akcenty i zarzucił przesadnie lekki ton, film ten z powodzeniem mógłby zostać uznany za jeden z najlepszych w serii. Ma bowiem kilka niezaprzeczalnych zalet.
Przede wszystkim scenariusz, po raz trzeci napisany przez Richarda Maibauma do spółki z Michaelem G. Wilsonem, jest niegłupi, a dwuwątkowa fabuła została poprowadzona bez większych zgrzytów czy nielogiczności. Na pierwszy plan wybija się oczywiście operacja, której celem jest zniszczenie Doliny Krzemowej, co zapewnić ma Maxowi Zorinowi dominację na rynku produkcji mikroprocesorów. W tle mamy równie ciekawy (o ile nie bardziej interesujący), choć potraktowany po macoszemu wątek zdrady w szeregach KGB, co nadaje filmowi bardziej szpiegowski wydźwięk.
Musimy wprawdzie przymknąć oko na pewne uproszczenia – jak choćby nigdy nie dowiadujemy się dlaczego główni bohaterowie udają się akurat na tor wyścigów konnych, co przecież na dobrą sprawę zawiązuje akcję. Biegnie ona jednak tak szybko, że w trakcie seansu na niektóre niedorzeczności zwyczajnie nie zwraca się uwagi.
Tytuł filmu nawiązuje do jednego z opowiadań Fleminga („From a View to a Kill”), jednak opowiedziana w nim historia nie ma żadnego związku z literackim pierwowzorem. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem „W perspektywie mordu” to jeden z najsłabszych utworów w dorobku twórcy postaci Jamesa Bonda. Fani powieściowej serii z pewnością jednak dostrzegą zapożyczenia z „Licence Renewed” Johna Gardnera – co oczywiście nigdy nie zostało oficjalnie potwierdzone. Nie po raz ostatni zresztą; z jakiegoś powodu twórcy filmów o agencie 007 wzbraniają się przed przyznaniem, że czerpali inspirację z powieści napisanych po śmierci Iana Fleminga.

Max Zorin to bezdyskusyjnie jeden z najbardziej zapadających w pamięć przeciwników Bonda – z autentycznie intrygującą przeszłością i fascynującą, choć psychopatyczną osobowością, którą po mistrzowsku sportretował Christopher Walken, nadając granej przez siebie postaci prawdziwie demoniczny charakter. Walken przy tym oparł się pokusie i roli swej nie przerysował, przez co ani przez chwilę postać ta nie sprawia wrażenia groteskowej. Warto przy tej okazji docenić odwagę scenarzystów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie do filmu postaci doktora Carla Mortnera, czy też raczej Hansa Glauba, byłego nazistowskiego naukowca, który w czasie II wojny światowej eksperymentował na ciężarnych kobietach w obozach koncentracyjnych (nawiasem mówiąc, postać ta w wyświetlanej w niemieckich kinach w wersji filmu została zamieniona na polskiego naukowca nazwiskiem Jan Koperski, który eksperymenty przeprowadzał na zlecenie KGB!). Między nim, a Zorinem (będącym efektem tych eksperymentów) zrodziła się specyficzna więź, przypominająca relację ojciec – syn. Jest to wątek o ciężarze gatunkowym rzadko spotykanym w bondowskiej serii. Podobnie jak scena, w której Zorin dokonuje egzekucji bezbronnych pracowników swojej firmy, czerpiąc z tego nieskrywaną satysfakcję.
Równie ciekawie w „Zabójczym widoku” prezentuje się drugi plan. Zarówno konstrukcji postaci, jak i dobór aktorów jest co najmniej ponadprzeciętny. Szczególnie grana przez Grace Jones May Day – jeden z najciekawszych, a na pewno najbardziej charakterystycznych henchman w serii. Szkoda, że zakończenie jej wątku jest cokolwiek problematyczne; jej nagłe wyzwolenie się spod wpływów Zorina jest raczej mało wiarygodne i szyte zbyt grubymi nićmi. Warto również zwrócić uwagę na Patricka Bauchau. Scarpine w finale okazuje się być postacią równie bezwzględną, jak jego mocodawca. Przy czym gra aktorska Bauchau jest dalece bardziej oszczędna, wręcz minimalistyczna. O świetnej kreacji Patricka Macnee, lepiej znanego z serialu „Rewolwer i melonik” była już mowa wcześniej. Szkoda, że kroku im nie dotrzymuje, Tanya Roberts, gwiazda serialu „Aniołki Charliego”, która gra nieco bez wyrazu. Choć na jej usprawiedliwienie trzeba zaznaczyć, że Stacey Sutton nie jest najlepiej napisaną kobietą Bonda w historii.
Roger Moore gra z właściwą dla siebie manierą. Nie można mu odmówić charyzmy, ale umówmy się – zbyt długo wcielał się w rolę Jamesa Bonda. Kręcąc „Zabójczy widok” miał 57 lat (pamiętajmy, że Moore jest o niemal trzy lata starszy od Seana Connery'ego!) i w roli tajnego agenta już najzwyczajniej w świecie nie miał prawa wypaść wiarygodnie i przekonująco. To oczywiście nie jego wina – aktor już wielokrotnie wcześniej zapowiadał swoje rozstanie z serią. Za każdym razem jednak Albertowi Broccoli'emu udawało się go namawiać do powrotu. Tym razem decyzja była ostateczna, a sam Moore stwierdził, że jeśli ma się więcej lat, niż matka aktorki wcielającej się w rolę kobiety Bonda (jak w tym przypadku), oznacza to, że najwyższy czas odejść.

Moore pozostawił po sobie spuściznę, która ma zarówno zagorzałych fanów, jak i zajadłych krytyków. Dla wielu to właśnie on jest prawdziwym Jamesem Bondem, a filmy z jego udziałem, ze wszystkimi wymyślnymi gadżetami, fantazyjnymi samochodami, owładniętymi żądzą zniszczenia świata przeciwnikami, a przede wszystkim – swoistą większą od życia nienaturalnością, są kwintesencją serii. Z tych samych powodów inni uważają je za aberrację, wypaczającą ducha opowieści o agencie 007.
Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Jeśli nie liczyć niesławnego „Moonrakera”, filmy z udziałem Rogera Moore'a z reguły nie schodziły poniżej pewnego, całkiem przyzwoitego poziomu. Z drugiej strony aktor nigdy nie miał okazji zagrać w dziele naprawdę wybitnym. Nie miał swojego „Doktora No”, swojego „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, „W obliczu śmierci”, „Świata to za mało”, czy „Casino Royale”. Szkoda. Być może wówczas ocenialibyśmy jego dokonania przez pryzmat tego jednego, znamienitego obrazu.
Niezależnie od przekonań, Sir Rogerowi Moore'owi należy się szacunek za oddanie serii. Nawet teraz, po tylu latach, aktor nie odcina się od niej (w przeciwieństwie do, powiedzmy, Seana Connery'ego) i chętnie angażuje się w różne związane z nią przedsięwzięcia.


OCENA 3,5/5
skala ocen

 

     
 
     
POWIĄZANE DZIAŁY RECENZJA FILMU // ROGER MOORE
 
 
  > data publikacji 11.10.2015 © MI-6 HQ
James Bond, gun symbol logo and all associated elements are property of MGM/UA & Danjaq companies. Used without authorisation in informative intent. All rights reserved.
 
  bond 50